Słowa, które mają moc !

Wiecie, ile dostaliśmy życzeń z okazji naszego 25-lecia małżeństwa? Ile dobrych słów, wzruszeń, uścisków i pięknych myśli? Prawdziwy bukiet różnorodności. Każde życzenie było wyjątkowe, ale są takie słowa, które nie tylko się słyszy. Są takie, które zostają. Pracują w człowieku jeszcze długo po tym, jak wybrzmią.

Jedna z naszych koleżanek, Monika, składając nam życzenia, powiedziała:

„Wiecie co… wy jesteście jak przyprawa!”

Przyznam szczerze, że spodziewałam się wielu rzeczy, ale porównania do przyprawy akurat nie. 😂

Im dłużej jednak o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że miała rację.

Bo przyprawa sama w sobie może wydawać się mała i niepozorna, ale bez niej wszystko jest jakieś takie… mdłe.

Przez 25 lat naszego małżeństwa bywało słodko jak wanilia, ostro jak chili, czasem gorzko jak pieprz, a niekiedy wybuchowo jak mieszanka przypraw do grilla. Były chwile, kiedy jedno z nas dosypywało za dużo emocji do wspólnego garnka życia, a drugie próbowało ratować przepis.

Czasem byliśmy jak sól  niezbędni dla siebie.

Czasem jak pieprz  dodający charakteru każdej rozmowie.

A czasem jak curry  kiedy nagle robiło się naprawdę gorąco. 🔥

Po 25 latach wiemy jedno: małżeństwo bez odrobiny przypraw nie miałoby tego smaku. I chyba właśnie dlatego Pan Bóg połączył nas razem  żeby nasze życie nigdy nie było nijakie.

A jeśli po ćwierć wieku nadal potrafimy się śmiać, zaskakiwać i czasem lekko „doprawić” nawzajem, to znak, że przepis nadal działa.

Ale to nie były jedyne słowa, które zatrzymały mnie na dłużej.

Kolejna koleżanka napisała:

„Kochani, you did it! You did great!”

Niby tylko kilka słów.

A jednak jaki ogromny przekaz.

Bo kiedy patrzę na te 25 lat, myślę o wszystkich codziennych zmaganiach, trudnościach, chwilach zwątpienia i przeciwnościach, które pojawiały się po drodze. I wtedy te słowa nabierają głębszego znaczenia.

Tak, udało się.

Nie dlatego, że było łatwo.

Ale dlatego, że Bóg nas prowadził, umacniał i błogosławił. Bo kiedy sami nie mieliśmy siły, On dodawał nam odwagi, by zrobić kolejny krok.

Jeszcze ktoś napisał:

„Dobrzy i wierni wzięliście udział w wyścigu i dobrych zawodach.”

I pomyślałam: kurka wodna , sama nigdy bym na to nie wpadła!😂

Ale przecież dokładnie tak jest.

Wzięliśmy udział w tym biegu.

I nadal biegniemy.

Nie sprintem.

Nie po medale.

Ale dzień po dniu, rok po roku, trzymając się decyzji, którą podjęliśmy przed Bogiem i przed sobą nawzajem.

A potem pojawiły się jeszcze słowa od Lodzi:

„Niech wasza miłość będzie jak srebro w srebrną rocznicę.”

I znowu kilka prostych słów.

A ile znaczeń.

Bo srebro jest piękne, trwałe, szlachetne. Nabiera blasku, kiedy się o nie dba. Tak samo jest z miłością.

Wiecie, co mnie najbardziej porusza?

To, że w tych krótkich życzeniach kryją się całe pokłady dobra.

Ja naprawdę zatrzymuję się nad słowami.

Rozbieram je na czynniki pierwsze.

Wracam do nich.

Karmię się nimi.

Pozwalam im pracować we mnie.

Bo wierzę, że słowa mają moc.

Mogą budować albo burzyć.

Dodawać skrzydeł albo je podcinać.

Mogą wnosić światło tam, gdzie pojawia się zmęczenie.

I właśnie takie słowa zostały zasiane w moim sercu.

Słowa, które dodają energii, radości, wdzięczności i motywacji do dalszego działania.

Dlatego będę jak ta przyprawa.

Jak to srebro.

I jak zawodnik, który nadal biegnie swój wyścig.

Żeby kiedyś, na końcu ziemskiego biegu, spojrzeć na siebie i powiedzieć:

„Zrobiliśmy to.”

„We did it.”

„We did great.”

A teraz lecę z tymi zasianymi we mnie słowami do mojej codzienności.

A Wy?

Czy są takie słowa, które ktoś kiedyś do Was powiedział, a one zostały z Wami na lata?

Takie, które zasiały w Was ziarno dobra, odwagi albo nadziei?

Chętnie je poznam. ❤️

25 lat na linie przywiązanej do Boga

25 lat temu , dokladnie 16 czerwca 2001 roku ,stanęliśmy przed Bogiem i wypowiedzieliśmy jedno krótkie słowo:

„Tak”.

Kilka liter.
Kilka sekund.

A tak naprawdę była to decyzja na całe życie.

Pamiętam tamten dzień doskonale.

Kaplica Podwyższenia Krzyża Świętego.
Krzyż.
Cisza.
Emocje większe niż góry.

I ja  dziewczyna, która już wtedy wiedziała, że życie z nią nie będzie spacerem po kwitnącej łące.

Stojąc pod krzyżem, prosiłam:

Maryjo, Ty wiesz, jaka jestem słaba. Nie poradzę sobie bez Ciebie. Idź z nami przez życie. Upraszaj nam potrzebne łaski.

Jezusie, wspieraj nas. Wiesz, jaki mam charakter. Wiesz, że przyjdą kryzysy. Wiesz, że będą dni, kiedy nie będziemy wiedzieli, jak iść dalej. Bądź z nami. Chodź z nami do naszej codzienności, bo bez Was sobie nie poradzimy . 

I wiecie co?

Po 25 latach mogę powiedzieć jedno:

Bóg dotrzymał słowa.

Wtedy powiedział:

Ja jestem z wami przez wszystkie dni aż do skończenia świata .

Zaufałam Mu.

Przywiązałam się do Jego stóp jak alpinista do liny ratunkowej i powiedziałam:

Jezu, dałeś  mi miłość. To teraz trzymaj mocno. Bo ja się do Ciebie przywiązuję razem z moim mężem. A skoro znasz mnie najlepiej, to wiesz, że to będzie niezły rollercoaster .

I był.

Oj, był.

Bo jeśli ktoś myśli, że 25 lat małżeństwa to romantyczny film, motyle w brzuchu i codzienny zachód słońca przy dźwiękach skrzypiec, to chyba oglądał nasze życie przez bardzo brudne okulary.

Nasze małżeństwo było bardziej jak survival, paintball, skok na bungee, wspinaczka pod górę i jazda kolejką górską bez możliwości wysiadania.

Były momenty, kiedy śmialiśmy się do łez.

Były momenty, kiedy chciało się rzucać talerzami.

Były chwile, kiedy miałam ochotę powiedzieć:

Mam dość!

I były chwile, kiedy mój mąż pewnie patrzył na mnie i zastanawiał się, czy przypadkiem w pakiecie ślubnym nie dostał tornado, tajfunu i awarii systemu alarmowego w jednym.

Bo taka właśnie jestem.

Mój język bywa jak miecz obosieczny.

Jednym słowem potrafię zbudować człowieka.

Ale też jednym słowem mogę złożyć domek z kart.

Jednym spojrzeniem wywołać sztorm.

Jednym zdaniem rozpętać mały tajfun.

I Bóg o tym wiedział.

Mój mąż też szybko się zorientował.

Na szczęście miał przy sobie opatrunki.

Ilekroć mój miecz za bardzo ciął, on często potrafił przyłożyć plaster dokładnie tam, gdzie trzeba było.

Choć nie będę udawać świętej.

Zdarzało się, że i on wyciągał swój miecz.

Oj, wtedy bywało gorąco.

Wtedy iskry leciały na wszystkie strony świata.

Ale właśnie wtedy najbardziej widzieliśmy Boga.

Bo kiedy kończyły się nasze argumenty, nasze racje i nasze pomysły, On przychodził.

Cicho.

Bez wielkich fajerwerków.

Przychodził do naszego bólu.

Do rozczarowania.

Do zmęczenia.

Do łez.

I mówił:

„Ja jestem”.

I nagle znajdowało się rozwiązanie.

Znajdował się kompromis.

Znajdowała się droga.

Znajdowało się przebaczenie.

Dzisiaj, po 25 latach, wiem jedno.

Nie ma idealnych małżeństw.

Są tylko ludzie, którzy codziennie wybierają siebie na nowo.

Pomimo wad.

Pomimo błędów.

Pomimo charakterów, które czasami zderzają się jak dwa rozpędzone pociągi.

I jeśli ktoś mówi mi:

Nie da się 

To odpowiadam:

Da się 

Ale trzeba wpuścić Boga do środka.

Trzeba Mu zaufać bardziej niż sobie.

Trzeba pozwolić Mu trzymać linę, kiedy własne ręce już nie mają siły.

A mówi wam to kobieta będąca połączeniem tajfunu, torpedy i miecza obosiecznego.

Jeśli nie wierzycie, zapytajcie mojego męża.

On potwierdzi.

A mimo wszystko…

Po tych wszystkich latach wybrałabym dokładnie tak samo.

Jeszcze raz powiedziałabym: „Tak”.

Jeszcze raz wybrałabym jego.

Bo jest moim najlepszym przyjacielem.

Moją codziennością.

Moją bezpieczną przystanią.

Moim darem od Boga.

I chyba Pan Bóg doskonale wiedział, że nie lubię nudy, kiedy postawił go na mojej drodze.

Dlatego dostałam życie pełne przygód.

Prawdziwych.

Nie z katalogu.

Nie z filmu.

Takich z łzami, śmiechem, walką, przebaczeniem i miłością.

A potem pojawiły się nasze dzieci.

Cztery wyjątkowe osobowości.

Cztery kolejne huragany charakterów.

Cztery kolejne dowody na to, że Bóg ma naprawdę niezwykłe poczucie humoru.

I dziś patrzę na to wszystko z wdzięcznością.

Na każde zwycięstwo.

Na każdą porażkę.

Na każdy kryzys.

Na każde pojednanie.

Na każdy dzień.

Bo wiem, że przez wszystkie te lata nie szliśmy sami.

On naprawdę był.

Tak jak obiecał.

I nadal jest.

A może właśnie dlatego tak bardzo wzruszył mnie wieczór 13 czerwca . 

Bo patrząc na ludzi zgromadzonych wokół nas podczas jubileuszowej Mszy Świętej w kościele św. Stanisława Biskupa i Męczennika na Manhattanie, doświadczyłam coś więcej niż 25 lat małżeństwa.

Zobaczyłam 25 lat Bożej wierności.

Powiem Wam szczerze.

Miałam plan.

Naprawdę miałam.

Postanowiłam być dzielna.

Nie płakać.

Nie rozklejać się.

Plan wytrzymał mniej więcej kilka minut.

Potem emocje przejęły dowodzenie.

A emocje, jak wiadomo, nie pytają właściciela o zgodę.

Łzy ustawiły się grzecznie w kolejce i zaczęły płynąć jedna za drugą.

Bo wiecie, jak dobrze jest być we wspólnocie, gdzie ludzie naprawdę się znają?

Gdzie nie jest się anonimowym.

Gdzie kapłan zna was po imieniu.

Zna waszą historię.

Wie, przez jakie burze przeszliście.

Wie, ile razy Bóg podnosił was z kolan.

To niezwykłe uczucie.

Takie pełne ciepła, bliskości i miłości.

Usłyszeliśmy tyle dobrych słów, że spokojnie wystarczyłoby ich na następne 25 lat.

Padły słowa o wierności.

O przyjaźni.

O dobroci.

O dobrym biegu.

A jedno z życzeń brzmiało po prostu:

„You did it!”

I wiecie co?

Tak.

Zrobiliśmy to.

Nie idealnie.

Nie bez błędów.

Nie bez potknięć.

Ale razem.

Dostaliśmy przepiękne kartki pełne życzeń.

Jedna z nich szczególnie mnie rozbawiła.

„25-year warranty has expired. Sorry, no returns.”

25-letnia gwarancja wygasła.

Zwrotów nie przyjmujemy.

I bardzo dobrze.

Bo po tych wszystkich latach nie zamieniłabym mojego męża na żaden inny model.

Po Mszy przyszedł czas na świętowanie.

Była kawa.

Były rozmowy.

Był śmiech.

Były wspomnienia.

Były przytulasy.

Było wszystko to, co sprawia, że człowiek nie chce wracać do domu.

Była też przepyszna karpatka od Magdy.

Powiem tylko tyle.

Jeżeli istnieje konkurs na najlepszą karpatkę świata, Magda wygrała!

Był również żurek przygotowany przez moją mamę.

Było rodzinnie.

Serdecznie.

Prawdziwie.

Tak zwyczajnie pięknie.

A w centrum tego wszystkiego był Bóg.

Ten sam, któremu 25 lat temu powiedzieliśmy nasze „Tak”.

Obecny.

Uwielbiony.

Działający pośród nas.

Dlatego dzisiaj, w 25. rocznicę naszego sakramentalnego „Tak”, chcę powiedzieć tylko jedno:

Dziękuję Ci, Boże.

Za mojego męża.

Za nasze dzieci.

Za wspólnotę Lew Judy.

Za przyjaciół, którzy stali się rodziną.

Za wszystkie łaski.

Za wszystkie lekcje.

Za wszystkie burze.

Za wszystkie cuda.

I za linę, której nigdy nie puściłeś.

Bo kiedy pytam samą siebie:

Czy mogła mi się przydarzyć lepsza przygoda?

Odpowiedź jest tylko jedna.

Absolutnie nie.

Bo małżeństwo z Bogiem pośrodku to najpiękniejsza, najbardziej szalona, najbardziej wymagająca i najbardziej niezwykła przygoda mojego życia.

A my?

My idziemy dalej.

Razem.

I nadal przypięci do tej samej liny.

A jak jest u Was ?

Ciężar cudzych oczekiwań

Siedziała przez chwilę w ciszy.

Wokół trwały przygotowania do ważnego dnia. Na stole pojawiały się kolejne potrawy, w domu słychać było rozmowy, śmiech i zwykły rodzinny gwar. Wszystko było gotowe do świętowania.

A jednak w jej sercu brakowało radości.

Jakby ktoś po cichu zgasił światło w miejscu, gdzie zwykle mieszkał uśmiech.

Patrzyła na swoje życie. Na ludzi, których kochała. Na dzieci, które przez lata obserwowały, jak walczy o każdy kawałek szczęścia. Widziały jej starania. Widziały, ile serca wkłada w rodzinę, dom i relacje. Widziały, jak bardzo chce, by bliscy czuli się kochani, ważni i zauważeni.

A mimo to gdzieś głęboko tkwiło znajome uczucie.

Poczucie, że cokolwiek zrobi, dla niektórych zawsze będzie za mało.

Są bowiem ludzie, którzy nie potrafią cieszyć się tym, co dostają.

Nie dlatego, że są źli.

Czasem dlatego, że przez całe życie noszą w sobie pustkę, której nic i nikt nie potrafi wypełnić.

Domagają się uwagi, ale gdy ją dostaną, chcą więcej.

Pragną wdzięczności, ale nigdy nie czują się wystarczająco docenieni.

Oczekują pamięci, ale sami nie pielęgnują własnych wspomnień.

Potrzebują bliskości, lecz odpychają tych, którzy próbują się do nich zbliżyć.

Potrafią sprawić, że każda rozmowa staje się wyrzutem, każda uroczystość rozczarowaniem, a każda radość czyimś niedopełnionym obowiązkiem.

Są jak dziki bluszcz.

Nie rosną obok człowieka.

Oplatają go.

Powoli, cierpliwie, dzień po dniu zabierają światło, przestrzeń i energię. A człowiek nawet nie zauważa, kiedy zaczyna żyć bardziej ich emocjami niż własnymi.

Najbardziej cierpią przy nich dzieci.

Nawet wtedy, gdy dawno przestały być dziećmi.

Bo gdzieś głęboko nadal czekają na jedno proste zdanie.

„Jestem z ciebie dumna.”

„Cieszę się twoim szczęściem.”

„Dobrze cię widzieć szczęśliwą.”

Tylko że nie każdy rodzic potrafi wypowiedzieć takie słowa.

Niektórzy przez całe życie skupiają się na własnych brakach. Na tym, czego nie dostali. Czego nie przeżyli. Czego im zabrakło.

I nieświadomie sprawiają, że każda rodzinna uroczystość, każde osiągnięcie i każda chwila szczęścia zaczyna krążyć wokół ich niezaspokojonych potrzeb.

Wtedy nawet najpiękniejsze momenty stają się ciężkie.

Nie dlatego, że brakuje miłości.

Dlatego, że brakuje spokoju.

A człowiek po raz kolejny łapie się na tym, że zamiast przeżywać własną radość, próbuje zarządzać cudzym rozczarowaniem.

Próbuje tłumaczyć.

Wyjaśniać.

Przekonywać.

Ratować nastrój.

Naprawiać emocje, których nigdy nie stworzył.

I pewnego dnia przychodzi zmęczenie.

Nie takie, które mija po przespanej nocy.

To głębsze.

Zmęczenie ciągłym udowadnianiem swojej miłości.

Zmęczenie walką o akceptację.

Zmęczenie próbami zadowolenia kogoś, kto od dawna zdecydował, że nic nie będzie wystarczające.

Wtedy człowiek odkrywa prawdę, która boli, ale jednocześnie przynosi ulgę.

Nie jest odpowiedzialny za cudze szczęście.

Nie jest odpowiedzialny za cudzą samotność.

Nie jest odpowiedzialny za cudze niespełnione marzenia.

Nie jest odpowiedzialny za emocjonalne pustki, które ktoś nosi od dziesięcioleci.

Może kochać.

Może szanować.

Może pamiętać.

Może wyciągać rękę.

Ale nie jest w stanie uratować kogoś przed nim samym.

I wtedy przychodzi zrozumienie.

Że życie nie może być nieustannym oczekiwaniem na akceptację, która być może nigdy nie nadejdzie.

Że nie można oddawać swoich najpiękniejszych chwil w ręce cudzych pretensji.

Że nie można budować własnego szczęścia na warunkach ludzi, którzy sami nie potrafią być szczęśliwi.

Spojrzała więc na swoje dzieci.

Na ludzi, których kocha.

Na życie, które budowała przez lata.

Na wspomnienia, które tworzyła dzień po dniu.

Na wszystko to, co udało się ocalić, stworzyć i pielęgnować mimo przeciwności.

I zrozumiała, że ma prawo do radości.

Prawo do świętowania.

Prawo do wdzięczności.

Prawo do spokoju.

Nawet jeśli komuś się to nie podoba.

Bo życie jest zbyt krótkie, by przepraszać za własne szczęście.

A największą odwagą nie zawsze jest walka o czyjąś miłość.

Czasem największą odwagą jest pozwolić sobie być szczęśliwym mimo jej braku.

Dlatego idzie świętować.

Nie dlatego, że wszystko jest idealne.

Nie dlatego, że przestało boleć.

Ale dlatego, że ma co świętować.

Ma obok siebie ludzi, których kocha.

Ma wspomnienia budowane przez lata.

Ma rodzinę, którą stworzyła.

Ma życie, o które walczyła każdego dnia.

I nie zamierza już oddawać swoich pięknych chwil w ręce cudzych pretensji.

Dziś wybiera wdzięczność zamiast żalu.

Dziś wybiera radość zamiast poczucia winy.

Dziś wybiera siebie.

I będzie świętować to, co udało się zbudować, a nie opłakiwać tego, czego nigdy nie dostała.

Mówili: „Możecie wszystko”. Tylko dlaczego tak trudno otworzyć choć jedne drzwi?

Chyba wszyscy słyszeliśmy o Maii Chwalińskiej. A jeśli nie wszyscy, to na pewno większość. Mnie jednak nie uderzyły jej wyniki. Uderzyło mnie coś zupełnie innego.

To, jak powiedziała, że przez długi czas występowała bez sponsorów. Że nikt wcześniej nie był zainteresowany współpracą, mimo że każdego dnia robiła wszystko, by być coraz lepsza.

I wiecie co?

To zdanie utkwiło mi w głowie.

Bo przecież ona nie siedziała bezczynnie. Trenowała. Harowała. Poświęcała czas, zdrowie i kawał życia. Miała ludzi, którzy wierzyli w jej talent i potencjał.

Robiła wszystko, co trzeba było zrobić.

A mimo to przez długi czas pozostawała niezauważona.

Dopiero kiedy pojawiają się sukcesy, świat zaczyna patrzeć.

I właśnie wtedy pomyślałam o moich córkach.

Obie skończyły studia z bardzo dobrymi wynikami. Obie miały stypendia. Obie przez lata ciężko pracowały na swoje osiągnięcia.

Na zakończenie studiów usłyszały piękne słowa:

„Możecie wszystko.”
„Świat stoi przed wami otworem.”
„Możecie podbijać świat.”

Jako matka słuchałam tego z dumą.

I wierzyłam w każde z tych słów.

Tylko gdzie jest to słynne „wszystko”?

Jedna skończyła studia dwa lata temu. Druga niedawno.

Obie są mądre. Obie ambitne. Obie odpowiedzialne.

Obie pracują.

Obie codziennie dają z siebie wszystko.

A mimo to życie po studiach okazało się znacznie trudniejsze, niż ktokolwiek nam obiecywał.

I nie piszę tego dlatego, że moje córki oczekują czegoś za darmo.

Wręcz przeciwnie.

Nikt nigdy niczego im nie dał.

Na wszystko pracowały same.

Dlatego czasami patrzę na nie i zastanawiam się, dlaczego tak wielu młodych ludzi musi dziś tak długo czekać na swoją szansę.

Bo wiem, że nie dotyczy to tylko moich córek.

Wiem, że podobne historie dzieją się każdego dnia w tysiącach domów.

Młodzi ludzie uczą się, zdobywają wykształcenie, rozwijają się, pracują i próbują budować swoją przyszłość.

A potem zderzają się z rzeczywistością, która często wygląda zupełnie inaczej niż obietnice, które słyszeli przez całe życie.

I wiecie, co jest w tym wszystkim najbardziej przewrotne?

Mieszkamy przecież w kraju ogromnych możliwości.

W samym sercu metropolii New York.

W miejscu, które dla milionów ludzi na świecie jest symbolem szans i spełniania marzeń.

Dlatego rozczarowanie czasem boli jeszcze bardziej.

Bo skoro nawet tutaj droga okazuje się tak trudna, człowiek zaczyna zadawać sobie pytania.

Jak właściwie działa ten świat?

Co sprawia, że jedni zostają zauważeni szybciej, a inni muszą czekać latami?

Ile cierpliwości potrzeba, żeby się nie poddać?

Ale wiecie co?

Mimo wszystkich tych pytań nie zamierzam tracić nadziei.

Bo historia Maii Chwalińskiej przypomina mi o czymś bardzo ważnym.

Że czasami człowiek przez lata pracuje w ciszy.

Bez rozgłosu.

Bez wielkiego zainteresowania.

Bez nagłówków i oklasków.

A potem przychodzi moment, kiedy świat w końcu dostrzega jego wysiłek.

I wierzę, że taki dzień przyjdzie również dla moich córek.

Że ktoś dostrzeże ich wiedzę, charakter, pracowitość i serce, które wkładają w to, co robią każdego dnia.

Bo na to zasługują.

I przede wszystkim ufam Jezusowi Chrystusowi.

Bo są drzwi, których człowiek nie potrafi otworzyć.

Ale są też takie drzwi, które Jezus potrafi otworzyć w najmniej spodziewanym momencie.

Dlatego będę dalej wierzyć.

Będę dalej się modlić.

Będę dalej kibicować moim córkom.

A do każdego, kto to czyta i czasami ma wrażenie, że jego wysiłek pozostaje niezauważony:

Nie poddawaj się.

Nie pozwól, by świat wmówił Ci, że Twoja praca nie ma znaczenia.

Nie każda droga jest krótka.

Nie każdy sukces przychodzi szybko.

Ale wartość człowieka nie zależy od tego, jak szybko zostanie zauważony.

Czasami najpiękniejsze historie potrzebują po prostu więcej czasu.

I właśnie tej nadziei nie zamierzam oddać.

A Ty, Jezu…

Ty znasz nasze serca.

Wiesz, o co się modlimy, czego się boimy i czego potrzebujemy.

Widzisz nasze wysiłki, nasze łzy, nasze rozczarowania i nasze nadzieje.

Dlatego działaj z mocą w każdym z nas.

W moich córkach.

We mnie.

I w każdym, kto czyta te słowa i po ludzku zaczyna tracić nadzieję.

Umacniaj nas wtedy, gdy brakuje sił.

Prowadź nas wtedy, gdy nie widzimy drogi.

Otwieraj drzwi, których sami nie potrafimy otworzyć.

Przypominaj nam, że nasza wartość nie zależy od stanowiska, pieniędzy ani uznania ludzi, ale od tego, kim jesteśmy w Twoich oczach.

Bo Ty jesteś naszym Panem.

Naszą nadzieją.

Naszą siłą.

I naszym schronieniem.

Wierzę, że masz plan dla każdego z nas.

Dla moich córek.

Dla mnie.

I dla każdego, kto dziś czeka na swoją szansę.

W Twoim czasie.

Według Twojej woli.

Amen. ❤️

Czerwiec….

Czerwiec…

Jest w nim coś, czego nie potrafię odnaleźć w żadnym innym miesiącu. Przychodzi cicho, bez pośpiechu, jak ukochany gość, na którego czeka się cały rok. Przynosi ze sobą zapach nagrzanej ziemi, słodycz pierwszych truskawek, śpiew ptaków o świcie i ten szczególny rodzaj światła, który otula świat miękko niczym jedwab.

Od zawsze kochałam czerwiec.

Kiedy mieszkałam w Polsce, maj zachwycał mnie kwitnącymi konwaliami, soczystą zielenią i obietnicą nadchodzącego lata. Ale to właśnie czerwiec skradł moje serce. Miał w sobie wolność, radość i lekkość. Każdy jego dzień był jak mały prezent – pachnący ogrodem, słońcem i dziecięcą beztroską, która gdzieś głęboko w nas nigdy nie umiera.

To miesiąc pierwszych owoców, pierwszych ciepłych wieczorów i spacerów, które nie chcą się kończyć. Miesiąc, który zawsze napełnia mnie energią i wdzięcznością za najprostsze rzeczy.

Może właśnie dlatego wybraliśmy go na dzień naszego ślubu…

Nie początek miesiąca, lecz jego serce. Tak, by móc smakować każdy czerwcowy poranek, każdy zachód słońca i każdy dzień przybliżający nas do tej wyjątkowej chwili. Pamiętam tamten dzień doskonale, choć minęło już 25 lat. Pamiętam moment, gdy otworzyłam oczy. Powietrze, światło wpadające przez okno, bicie serca i wzruszenie, które towarzyszyło mi od pierwszej minuty tamtego poranka.

Niektóre wspomnienia nie blakną. Wręcz przeciwnie — z czasem stają się jeszcze piękniejsze.

Dziś znów jest czerwiec. Znów delektuję się każdym jego dniem. Chciałabym zatrzymać go na dłużej, rozciągnąć te chwile pomiędzy świtem a zmierzchem, zachować w dłoniach jego ciepło i spokój.

Bo czerwiec nie jest dla mnie tylko miesiącem.

Jest wspomnieniem, wzruszeniem, zapachem dzieciństwa, smakiem pierwszych truskawek i historią miłości, która trwa już 25 lat.

A Wy?

Czy macie taki miesiąc, który nosicie w sercu? Taki, na który czekacie z utęsknieniem i który budzi w Was najpiękniejsze wspomnienia?

Chętnie poczytam o Waszych ukochanych miesiącach. ❤️

Lipa – złoto polskiego lata

Dla mnie lato zaczyna się wtedy, gdy zakwita lipa. Nie trzeba sprawdzać daty, prognozy pogody ani zaglądać do kalendarza. Wystarczy zamknąć oczy i wziąć głęboki oddech. I już wiadomo przyszło lato.

Mam nawet wrażenie, że to właśnie teraz zaczyna się ten moment. Aleje lip posadzonych u mnie na Queensie coraz wyraźniej pachną. Jeszcze niepełnym, nieśmiałym zapachem, ale wystarczającym, by serce zabiło trochę szybciej. To jak pierwsza zapowiedź lata. Taka, której nie da się pomylić z niczym innym.

Nie potrafię przekazać Wam zapachu lipy. Żadne zdjęcie, nawet najpiękniejsze, nie odda tej słodkiej, miodowej woni unoszącej się w powietrzu. Kiedy lipy zaczynają kwitnąć, mam ochotę zwolnić krok, usiąść pod ich koroną i po prostu być.

To dla mnie najpiękniejszy zapach lata. Zaraz obok piwonii.

Mogłabym siedzieć pod lipą godzinami. Czasem myślę, że na stare lata powinnam mieć mały domek otoczony rozłożystymi lipami. Takimi, których gałęzie przewieszają się niemal do ziemi i tworzą zielony namiot. Domek schowany w cieniu, wygodny fotel, kubek kawy i zapach kwitnących lip unoszący się wokół od rana do wieczora.

Czy człowiekowi naprawdę potrzeba czegoś więcej do szczęścia?

No dobrze… może jeszcze wygranej w totka, żeby taki domek kupić.

Jak pachnie lipa dla mnie ?

Trochę jak świeżo otwarty słoik złocistego miodu. Trochę jak ciepłe powietrze po letnim deszczu. Trochę jak wakacje u babci, kiedy nigdzie się nie spieszyło i cały świat wydawał się prostszy. Jest w tym zapachu coś niezwykle kojącego. Coś, co sprawia, że człowiek odruchowo zwalnia i bierze kolejny głęboki oddech.

Zapach lipy nie tylko otacza on przechodzi przez człowieka. Wnika w myśli, uspokaja i przypomina, że nie wszystko trzeba robić szybko. Że czasem warto po prostu usiąść na ławce i przez chwilę patrzeć, jak świat toczy się własnym rytmem.

Uwielbiam te ogromne drzewa obsypane żółtawymi kwiatami. Kiedy patrzę na ich korony, mam wrażenie, że ktoś rozsypał między liśćmi tysiące małych złotych gwiazd. To prawdziwe złoto lata.

Nie jestem zresztą pierwszą osobą, która zakochała się w lipie. Kilka wieków temu zachwycał się nią Jan Kochanowski. Pamiętam jeszcze ze szkoły, kiedy przerabialiśmy jego fraszki. Ten fragment został mi w głowie do dziś. To właśnie on napisał słynną fraszkę „Na lipę” i zapraszał zmęczonych wędrowców słowami:

„Gościu, siądź pod mym liściem, a odpoczni sobie…”

I wiecie co?

Mimo że minęły setki lat, trudno się z nim nie zgodzić.

Bo lipa to nie tylko drzewo.

To cień w upalny dzień.

To szum liści podczas spaceru.

To brzęczenie pszczół uwijających się wśród kwiatów.

To herbata z lipowego kwiatu pita zimą.

To wspomnienia zamknięte w zapachu.

To znak, że lato właśnie przyszło.

Jestem zakochana w lipie. I chyba nawet nie próbuję się z tego leczyć.

A jeśli kiedyś wygram w totka i kupię swój wymarzony domek wśród rozłożystych lip, to obiecuję jedno postawię pod nimi kilka krzeseł, zaparzę herbatę i zaproszę każdego, kto tak jak ja uważa, że najpiękniejsze rzeczy w życiu czasem pachną po prostu kwitnącym drzewem.

A Wy? Macie takie drzewo, którego zapach natychmiast przenosi Was do najpiękniejszych wspomnień?

Znamiona, dermatolodzy i ja, czyli jak poszłam z jednym problemem, a wycięli mi coś zupełnie innego

Czytam ostatnio taki wpis o czerniaku i musiałam o tym napisać. Bo umówiłam się do dermatologa rok temu na skin exam i przypomniało mi się, przez co sama przeszłam.

No właśnie. Ja się umówiłam. Czekałam. A potem dostałam informację, że lekarz odszedł z network i wizyty nie będzie. Proste.

U młodego było podobnie. Umówiona wizyta, czekanie prawie rok, miesiąc przed terminem telefon, że lekarz go jednak nie zobaczy. A że mój syn ma 16 lat, to musi być pediatra dermatolog. Znaleźć takiego, który przyjmuje ubezpieczenie, to niemal cud, bo mam wrażenie, że teraz dermatolodzy coraz chętniej przyjmują prywatnie. Ale dobra, udało się. Ma wizytę 17 czerwca.

Ja w międzyczasie też postanowiłam coś zrobić ze swoją skórą. Na twarzy mam takie coś, co ciągle się pieprzy. Jak zrobię makijaż, to krwawi. Jak nie zrobię makijażu, też nie wygląda za dobrze.

Zadzwoniłam więc do przychodni i powiedziałam, że ojciec miał czerniaka. Takiego już poważnego. Na szczęście go ogarnęli, ale do dziś chodzi na kontrole co trzy miesiące. U siostry też wycinali już dwa znamiona, ale złapali wszystko wcześnie i jest dobrze.

Pan po drugiej stronie telefonu chyba uznał, że nie ma co czekać kolejnego roku i znalazł mi termin za kilka dni.

Poszłam.

Nie do dermatologa MD, tylko do młodej dziewczyny, chyba świeżo po studiach. Nie znam się na tych wszystkich tytułach i stopniach. Pokazałam jej problem na twarzy, a ona stwierdziła, że to bardzo podrażniona skóra i przepisała krem. Oczywiście kremu w aptece nie było, więc kolejny tydzień czekania.

Ale wyciągnęła też ten cały dermatoskop i zaczęła oglądać moje znamiona na twarzy i szyi. A mam ich naprawdę sporo.

Pytania o kremy, filtry UV, pielęgnację.

No cóż… przyznam się bez bicia. Używam kremów nawilżających, czasem przeciwzmarszczkowych, ale nie należę do osób, które codziennie pamiętają o kremie z filtrem UV. Wiem, wiem.

I wtedy zaczęła się przyglądać jakiemuś znamieniu pod moim okiem.

Patrzy.

Patrzy.

Patrzy.

W końcu mówi:

— Widzę zmianę.

A ja od razu:

— Jaką zmianę? Mam raka?!

Byłam w totalnym szoku, bo akurat to miejsce nigdy mnie nie niepokoiło.

— Trzeba wyciąć.

— Co wyciąć?!

— Tę zmianę.

No dobra. Podpisałam papiery.

Potem sesja zdjęciowa jak dla gwiazdy filmowej. Zdjęcia z każdej strony. Mąż od miesięcy mówił mi:

— Ej, masz rozmazany makijaż.

A ja mu tłumaczyłam, że to nie makijaż, tylko jakaś dziwna kropka pod okiem.

Okazało się, że właśnie tę kropkę pani doktor oglądała z takim zainteresowaniem.

Kazała zamknąć oczy, zrobiła zastrzyk ze znieczuleniem, potem ciap-ciap i po wszystkim. Krwi było sporo, bo ciągle zmieniała gaziki, ale nic nie czułam.

Zmiana poleciała na biopsję.

Potem usłyszałam jeszcze, że przy następnej wizycie może obejrzeć wszystkie moje znamiona.

Odpowiedziałam zgodnie z prawdą:

— Ja przyszłam z czymś na twarzy, co mnie wkurza. Nie planowałam generalnego przeglądu.

Ale wiecie co? Dzisiaj cieszę się, że była bardziej dociekliwa ode mnie.

Wynik biopsji przyszedł po jakimś czasie.

Zmiana nie była rakowa.

Dokładnie tak, jak przeczuwałam.

Ale zniknęła ta ciemna kropka, która od jakiegoś czasu  wyglądała jak rozmazany tusz pod okiem, więc i tak wyszło na plus.

Teraz czekam jeszcze na usunięcie kolejnej zmiany. Ubezpieczenie musi wszystko zatwierdzić, więc termin jest za dwa miesiące.

I powiem Wam szczerze, że dalej nie jestem mistrzynią smarowania się filtrami UV i pewnie niejeden dermatolog złapałby się za głowę.

A jak jest u Was?

Badacie znamiona?

Używacie codziennie filtrów UV?

Pilnujecie kontroli dermatologicznych czy raczej należycie do klubu pójdę jak będzie naprawdę źle ? 

Chętnie poczytam, jak to wygląda u Was. 

Motywacja? Serio?

Ostatnio rozmawiałam z koleżanką w moim wieku. Miałyśmy spotkać się na Manhattanie.

Ona nie pracuje zawodowo. Jest w domu z dziećmi. Mąż pracuje i utrzymuje rodzinę.

Od jakiegoś czasu mówiła, że chciałaby coś zmienić. Ruszyć z miejsca. Zacząć robić coś dla siebie, a nie tylko siedzieć w domu.

No to mówię:

– Spotkajmy się na Union Square. Pochodzimy po bazarku, usiądziemy w parku na ławce, wypijemy kawę i pogadamy.

Świetny pomysł.

Umawiamy się.

Ja jestem na miejscu.

Czekam.

Mija pół godziny.

Piszę:

– Gdzie jesteś?

Po chwili dostaję odpowiedź:

– Ojej, Jola, przepraszam. Dopiero wstałam…

– Nie miałam motywacji. Mąż zaprowadził dzieci do szkoły, a ja zostałam w łóżku.

Przyznam szczerze.

Na chwilę mnie zatkało.

Bo czegoś chyba nie rozumiem.

Naprawdę człowiek potrzebuje motywacji, żeby wstać z łóżka?

Żeby żyć?

Żeby zrobić śniadanie, ogarnąć dom, pojechać do pracy, zrobić zakupy czy ugotować obiad?

Od kiedy motywacja stała się warunkiem normalnego funkcjonowania?

Dla mnie motywacją jest samo życie.

Otwieram rano oczy.

Żyję.

No to wstaję.

Nie czekam, aż poczuję przypływ energii.

Nie czekam na olśnienie.

Nie oglądam filmików pod tytułem:

„Jak odmienić swoje życie w 30 dni”.

Mam czasem wrażenie, że trochę pogubiliśmy się w tym wszystkim.

Coach od motywacji.

Coach od życia.

Coach od szczęścia.

Coach od porannego wstawania.

Jeszcze chwila i pojawi się coach od ścielenia łóżka.

I serio pytam.

Naprawdę potrzebujemy obcego człowieka, żeby powiedział nam:

„Dasz radę. Wstań”?

Bez tego już nie umiemy funkcjonować?

Bo nasze mamy i babcie  kto je motywował?

Kto im codziennie powtarzał:

„Uwierz w siebie”?

One po prostu żyły.

Wstawały.

Szły do pracy.

Wychowywały dzieci.

Gotowały obiady.

Płaciły rachunki.

Czasem płakały.

Czasem się śmiały.

A następnego dnia znowu robiły swoje.

Nie dlatego, że miały motywację.

Po prostu miały życie.

I wiecie co?

Kiedy zimą o piątej rano dzwoni budzik, też nie zawsze mam ochotę wyskoczyć z łóżka jak gazela.

Jest ciemno.

Jest zimno.

Wieje.

Kołdra jest ciepła.

I człowiek najchętniej przewróciłby się na drugi bok.

Wtedy często przypomina mi się moja koleżanka.

Codziennie rano zakładała swoje niezawodne UGG-i i ruszała do pracy na Manhattan.

Nieważne, czy świeciło słońce, lał deszcz, sypał śnieg czy wiał lodowaty wiatr.

Dzień po dniu.

Rok po roku.

Najpierw promem, potem dalej do pracy.

A kto mieszkał w okolicach New Yorku, ten wie, że zimą na pokładzie ferry potrafiło naprawdę porządnie przewiać.

Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek mówiła:

„Nie mam dziś motywacji”.

Miała rodzinę.

Miała obowiązki.

Miała rachunki.

I po prostu robiła swoje.

Nie dlatego, że codziennie budziła się pełna energii i entuzjazmu.

Po prostu wiedziała, że trzeba.

Bo rachunki nie pytają o motywację.

Życie też nie bardzo.

I może właśnie tutaj jest problem.

Może za bardzo uwierzyliśmy, że wszystko trzeba robić wtedy, kiedy nam się chce.

A prawda jest taka, że większość ważnych rzeczy robimy właśnie wtedy, kiedy nam się nie chce.

Bo jesteśmy dorośli.

Bo mamy obowiązki.

Bo tak wygląda życie.

Chociaż…

Im dłużej o tym myślę, tym bardziej zastanawiam się, czy czasem pod tym słynnym „brakiem motywacji” nie kryje się coś więcej.

Zmęczenie.

Samotność.

Przyzwyczajenie do życia w czterech ścianach.

Strach przed zmianą.

Bo łatwo powiedzieć:

„Nie mam motywacji”.

A dużo trudniej przyznać:

„Boję się ruszyć z miejsca”.

Nie wiem.

Może.

Wiem tylko jedno.

Ja nie umiałabym chodzić cały dzień w piżamie.

Nie umiałabym zostawić niepościelonego łóżka do wieczora.

Nie umiałabym przeleżeć całego dnia pod kołdrą.

Lubię być ogarnięta od rana.

Nie z motywacji.

Z przyzwyczajenia.

Z charakteru.

Bo motywacja dziś jest.

Jutro jej nie ma.

A charakter zostaje.

Złość już dawno mi przeszła.

Posiedziałam wtedy na Union Square, posłuchałam ulicznych muzyków, nacieszyłam oczy kwiatami i ruszyłam dalej.

Ale ta sytuacja dała mi do myślenia.

Bo najpierw słyszę:

„Chcę coś zmienić w swoim życiu”.

A potem:

„Nie mam motywacji, więc zostaję w łóżku”.

I człowiek zaczyna się zastanawiać.

Czy naprawdę brakuje nam motywacji?

Czy może coraz częściej brakuje nam odwagi, żeby zrobić pierwszy krok?

A jak jest u was?

Też was czasem irytuje, gdy słyszycie o braku motywacji, czy patrzycie na to trochę inaczej?

🎓 Dyplom w dłoni, wdzięczność w sercu ❤️

Wiecie kochani, dziś moje serce jest przepełnione wdzięcznością. Taką prawdziwą, głęboką wdzięcznością, której nie da się opisać kilkoma słowami. Dziś moja córka odbiera dyplom ukończenia studiów. Kiedy siedzę przez chwilę z poranną kawą i patrzę na ten dzień, myślami wracam do początku tej drogi.

Pamiętam, jak zastanawiała się nad wyborem szkoły, kierunku, miejsca. Tyle pytań, tyle niewiadomych. Ostatecznie zdecydowała zostać tutaj, w New York . W mieście, które nazywają metropolią świata. Mieście, do którego przyjeżdżają ludzie z całego świata, aby się uczyć, rozwijać i spełniać swoje marzenia. Ona również wybrała swoją drogę i postanowiła zawalczyć o swoją przyszłość.

A potem przyszła codzienność. Cztery lata ciężkiej pracy. Wczesne pobudki, wykłady, nauka do późnych godzin, egzaminy, projekty, obowiązki, a pomiędzy tym wszystkim jeszcze praca. Nie było łatwo. Były chwile zmęczenia, zwątpienia, łzy i pytania, czy da radę. Ale moje dzieci od zawsze wiedzą, że nic wartościowego nie przychodzi bez wysiłku. Wiedzą, że nauka, wytrwałość i poświęcenie są inwestycją w przyszłość.

Jednak dziś, patrząc na ten dyplom, wiem, że nie tylko ciężka praca doprowadziła ją do tego miejsca. W tym wszystkim był On. Jezus.

Wiecie, ile razy klękałam do modlitwy prosząc Go, aby dał jej siłę? Ile razy prosiłam, by Duch Święty otworzył jej umysł, pomógł zrozumieć trudny materiał, postawił na jej drodze właściwych ludzi i chronił ją każdego dnia? Ile razy pisałam do wspólnoty z prośbą o modlitwę przed egzaminem, ważnym testem czy trudną życiową decyzją?

I za każdym razem Bóg odpowiadał. Nie zawsze tak, jak sobie wyobrażałam. Nie zawsze od razu. Ale zawsze był obecny.

Bywały momenty, kiedy życie wydawało się zbyt ciężkie. Kiedy problemy przygniatały, a strach próbował zagłuszyć nadzieję. Wtedy jeszcze mocniej trzymałam się Jego stóp. Jeszcze bardziej ufałam. I wiecie co? Nigdy mnie nie zawiódł. Ani mnie, ani mojego dziecka.

Dzisiaj idę na uroczystość zakończenia studiów z ogromną dumą, ale przede wszystkim z wdzięcznością. Bo widzę nie tylko sukces mojej córki. Widzę drogę, którą razem z Bogiem przeszła przez te cztery lata. Widzę wszystkie modlitwy, które zostały wysłuchane. Widzę Jego obecność w chwilach radości i w chwilach trudnych.

Wiktorio, możesz być z siebie dumna. Z pracy, którą wykonałaś. Z wytrwałości, której nauczyło Cię życie. Z odwagi, z jaką szłaś do przodu mimo przeszkód. Ale najbardziej jestem dumna z tego, że zaufałaś Bogu i pozwoliłaś Mu prowadzić się przez ten ważny etap życia.

Nie mamy wielkiej imprezy. Nie ma setek balonów, fajerwerków ani wystawnego przyjęcia. I wiecie co? Wcale tego nie potrzebujemy. Nasze świętowanie będzie miało zupełnie inny wymiar.

W niedzielę pójdziemy razem za Jezusem podczas procesji Bożego Ciała. Będziemy dziękować Mu za ukończenie studiów przez Wiktorię, za wszystkie otrzymane łaski, za ludzi postawionych na naszej drodze i za Jego nieustanną obecność. Bo to właśnie On był sprawcą tego wszystkiego.

Dzisiaj, jako matka czwórki dzieci, mogę powiedzieć jedno  jestem dumna z każdego z nich. Każde wybrało swoją własną drogę. Każde jest inne. Każde ma swoje marzenia, talenty i powołanie. Ale największą radość daje mi świadomość, że na każdej z tych dróg idzie z nimi Jezus.

Jeżeli czytasz ten wpis i przechodzisz przez trudny czas, może stoisz przed ważną decyzją, może martwisz się o swoje dzieci albo o swoją przyszłość, chcę Ci powiedzieć jedno zaufaj Mu. Naprawdę. Oddaj Mu swoje lęki, swoje plany, swoje troski. Idź z Nim na spacer. Porozmawiaj z Nim jak z najlepszym przyjacielem. Powiedz Mu wszystko.

On nie obiecał, że będzie łatwo. Ale obiecał, że będzie z nami. A kiedy On jest obok, nawet najtrudniejsza droga prowadzi do pięknych miejsc.

A ja lecę dalej świętować ten wyjątkowy dzień. Serce mam pełne radości, wdzięczności i pokoju.

Dobrego dnia kochani.

 Ludzie od recept i ludzie od obecności

W niedzielę podczas obiadu miałam bardzo ciekawą rozmowę z moim Przyjacielem. Tak… przez duże „P”, bo są ludzie, których nie da się nazwać inaczej.

To człowiek spokojny, dobry, pracowity. Świetnie gra na instrumentach, ale kiedy odpala się do rozmowy, to dopiero zaczyna się prawdziwa uczta dla głowy i serca. Uwielbiam Go. Od lat inspiruje mnie do działania, myślenia i patrzenia szerzej.

Pamiętam, jak kiedyś, chyba jeszcze w 2018 roku, rozmawialiśmy o naszej twórczości. O tym, co piszemy i dlaczego piszemy. Czytał moje skrobanie, te wszystkie zapiski schowane głęboko w szufladzie. Wtedy powiedział, że powinnam pisać. A ja? Pisałam dla siebie. Bo te słowa pomagały mi przeżyć własne burze.

I wczoraj znów rozmawialiśmy. Tak zwyczajnie. O wszystkim i o niczym.

W pewnym momencie powiedział:

„Wiesz Jola, ludzie mają receptę na wszystko w naszym życiu. Wiedzą, czego nam potrzeba.”

I to było jedno z tych zdań, które zatrzymują człowieka w pół kroku.

Bo przecież coś w tym jest.

A ja dodałam, że ludzie bardzo często patrzą na nas przez pryzmat własnych doświadczeń, sukcesów, porażek, bólu czy miejsca, w którym aktualnie stoją. I potem podają nam gotową receptę. Twierdzą, że to właśnie nam pomoże.

Tylko skąd oni mogą to wiedzieć?

Przecież nie przeszli naszej drogi.

Nie założyli naszych butów.

Nie przeżyli naszych nocy.

Nie dźwigali naszych myśli.

Mówią, że nas znają.

A ja?

Ja sama siebie jeszcze do końca nie znam. Nie znam do końca własnych dzieci, męża, najbliższych. Wciąż ich odkrywam. A są ludzie, którzy są przekonani, że wiedzą o nas wszystko i chętnie wystawią nam gotową instrukcję obsługi życia.

Lubię czytać wiersze ludzi piszących do szuflady. Bo można w nich odnaleźć nie tylko to, co zapisane słowami. Można usłyszeć także to, co ukryte pomiędzy wersami.

I właśnie o tym wczoraj rozmawialiśmy.

O tym, co zostało między słowami.

Jak wiele się w nas zmieniło.

I jak bardzo pozostaliśmy tacy sami.

Z tą samą wrażliwością.

Z tym samym głodem życia.

Z miłością.

Z uczuciami.

Lubię takie dysputy z ludźmi, którzy nie pchają się ze swoją mądrością, nie stawiają się na piedestale, nie mówią: „ja wiem, ja ci powiem”.

Po prostu są.

I samą swoją obecnością pomagają bardziej niż niejeden ekspert od życia.

Uświadamiają ci, że masz prawo do pomyłek.

Do niewiedzy.

Do poszukiwań.

Do zmieniania zdania.

Nawet wtedy, gdy masz już naście lat… razy kilka.

Bozszzzz…

Jak ja się wczoraj czułam zrozumiana.

Ta rozmowa uspokoiła moją głowę. Dała mi nowe spojrzenie na siebie. Przetarła horyzonty.

I wiecie co?

Nie dostałam żadnej gotowej recepty.

Ale dostałam coś znacznie cenniejszego.

Przestrzeń do myślenia.

Uważność.

Wsparcie.

I przekonanie, że to, co robię, ma sens.

A na koniec usłyszałam:

„Jola, pisz. Lubię te twoje doprawione felietony.”

Hahaha!

Czy mogłam poczuć się lepiej?

To był naprawdę dobry czas.

Wiecie… z wiekiem coraz bardziej doceniam ludzi, przy których nie muszę być mądrzejsza, lepsza, silniejsza ani bardziej poukładana.

Wystarczy, że jestem.

I chyba właśnie dlatego tak bardzo cenię mojego Przyjaciela. Bo kiedy rozmawiamy, nie mam poczucia, że ktoś chce mnie naprawiać. Mam poczucie, że ktoś naprawdę mnie słucha.

A to dziś jest rzadki dar.

Dobrze mieć w swoim życiu człowieka, z którym można usiąść przy jednym stole podczas zwykłej imprezy i nagle okazuje się, że wokół może grać muzyka, ludzie mogą rozmawiać, śmiać się i tańczyć, a Wy zanurzacie się w rozmowie tak głęboko, jakby świat na chwilę przestał istnieć.

Człowieka, od którego chłonie się słowa jak gąbka. Ale nie tylko słowa. Także ciszę. Spojrzenia. To wszystko, co zostaje zawieszone gdzieś pomiędzy zdaniami i czego nie da się wypowiedzieć do końca.

Można spędzić z kimś całe popołudnie i nie powiedzieć nic ważnego. A można wymienić kilka zdań i wrócić do domu bogatszym o nowe spojrzenie na siebie i świat.

I za takie spotkania jestem wdzięczna.

Bardzo.

A Wy?

Macie obok siebie takich ludzi, przy których możecie być sobą? Takich, przy których nie musicie nic udowadniać, niczego grać, niczego tłumaczyć? Takich, którzy nie dają recept, ale swoją obecnością pomagają odnaleźć własną drogę?

Jeśli tak, to jesteście naprawdę bogaci.

Podzielcie się proszę.