Sobotni kabaret domowy

Sobota rano. Ósma. Budzimy się powoli, bez pośpiechu. Sześć różnych charakterów otwiera oczy i zaczyna swoje sobotnie życie. Sielsko, anielsko, jak z obrazka. Cisza, spokój, każdy w swoim łóżku. Nikt nie zamierza wstawać — bo po co? Przecież tak jest bardzo dobrze.

No i wtedy wchodzi codzienność. Cała na czarno: getry, T-shirt. Czyli ja, z kubkiem kawy.

Młody już rozłożony z książką, dziewczyny przy nim. Czytają razem, podsyłają mu kolejne tytuły, bo złapał bakcyla. On pożera rozdziały, one dumne jak pawie. Scena jak z reklamy szczęśliwej rodziny.

A ja w drzwiach:

— Rodzino! Czas sprzątać!

Cisza.

— Wstawać! Ścielić łóżka! Pościel do prania! Ruszać się, nie ma leżenia!

Głowy wystają spod kołder.

— Ale po co sprzątać, jak nikt nie przyjdzie? To po co się ruszać, mamo?

No tak. Bałagan bez świadków nie istnieje. Syf bez publiczności to nie syf.

— Wyskakiwać z piżam i do roboty!

Idę do starszego. Otwieram drzwi, a synuś już gra na konsoli. Paluszki ćwiczy, sobotni dzień gier — bo jakżeby inaczej.

— Mamo, przestań. U nas jest czysto. Z babcią powinnaś mieszkać i muzeum prowadzić.

— Taa… wanna, ubikacja i kuchnia same się posprzątają? — wołam.

— My mamy wolną sobotę. Chcemy odpocząć. W tygodniu sprzątamy.

Patrzę na nich. Trzy nosy w książkach, jeden przy konsoli, ja jedyna z planem dnia i płynem do szyb w ręce.

No dobra. Zakasałam rękawy. Sobota jak zawsze: sprzątanie, pranie, jakieś jedzenie trzeba zrobić, choć gotować mi się nie uśmiecha.

Młody przybiega:

— Mamo, co ci pomóc?

Złote dziecko. Daję mu płyn i papier.

— Lustra wycieraj.

On to uwielbia. Psik. Psik. Psik.

Gdyby mógł, to by wszystko spryskał, i telewizor, i starszego brata dla zasady.

Potem wraca do czytania, ale nudzi mu się. Idzie do starszego. I zaczyna się.

— Zostaw mnie w spokoju! — wrzeszczy szesnastolatek, czyli chodząca burza hormonów w dresie.

Po chwili młody wraca z płaczem.

— Mamo! On mnie pchnął!

Wołam do męża:

— Ty ogarnij chłopaków, ja sprzątam!

— Niech to sami załatwią, po co będę się w ich sprawy wtrącał — odpowiada spokojnie, jakby komentował prognozę pogody.

Krążę między łazienką, kuchnią i salonem jak wściekły robot sprzątający.

Nagle huk, ryk i dramat.

— Mamo! On mi palce drzwiami przyciął!

Serce mi staje. W głowie już czarne wizje: krew, palce, szpital, dramat, reportaż w telewizji.

Lecę.

Palce całe.

Dziecko wyje.

Ja w środku wyję razem z nim.

— Co żeś mu zrobił?! — drę się na starszego.

— Bo ja chcę spokoju! Chcę być sam!

— A jak ci przeszkadzał?

— Patrzył się na mnie.

No tak. Patrzenie. Najcięższe przestępstwo XXI wieku.

Zabieram młodego. Wycieram nos, łzy, całuję palce.

— Chodź, pomożesz mi.

On bierze ściereczkę i zaczyna:

— Mamo, mieliśmy test z matematyki. Easy. Sto procent. Dziesięć minus pięć to pięć. Easy. A dziesięć podzielić przez pięć to dwa.

Patrzę na niego jak na cud natury.

— Skąd ty to wiesz?

— Bo dziewczyny mówią, że liczby są fajne.

I nagle mnie trafia. Kiedy ten sześciolatek zrobił się taki mądry?

— A ty lubisz liczby, mamo?

— Ja wolę literki… czytać, pisać…

— Ja też lubię literki. Tam w książkach piszą ciekawe rzeczy.

Opowiada mi o książce, o szkole, o zadaniach. A ja siedzę ze ścierką w ręku i patrzę na niego jak na dorosłego człowieka zamkniętego w małym ciele.

Wołam starszego do sprzątania.

— Zaraz!

Wchodzę do pokoju.

Tornado.

Ubrania, książki, jedzenie.

Jakby ktoś tu mieszkał, ale tylko przejazdem.

— Sprzątaj to!

— A czy ci to przeszkadza?

— A tobie nie przeszkadza ten syf?

— Tu nie ma syfu.

— Książkę poczytaj! — drę się.

— Nie lubię czytać. Ale też mam mózg. Przy grach strategię układam. O, patrz!

I pokazuje ekran: coś leci, coś zbija, coś pyka, świeci się. Totalny rozgardiasz. Nic nie rozumiem, co on tam wyczynia.

Filozof. Minimalista. Gracz.

Wychodzę.

Trzask drzwi.

We mnie już wrze.

— Matko Boska, zrób coś z tym chłopakiem!

— Matka Boska ci w tym nie pomoże — słyszę.

No i jak z nim rozmawiać?

— Sprzątam łazienki! — oznajmiam. — Pół godziny nikt nie wchodzi!

Trzy osoby słyszały. Czwarta nagle ogłuchła.

Po chwili syn:

— Muszę do toalety.

— Zamknięte. Mówiłam: pół godziny!

— Ale ja muszę!

I co?

I znowu wygrał.

Kończę sprzątanie. Siadam w fotelu. Cisza. Każdy w swoim świecie.

I wtedy od stołu z papierami odzywa się mój mąż, nawet głowy dobrze nie podnosząc:

— Daj im spokój. Sama odpocznij. Tyle codziennie pracujesz, to zrób sobie wolne od sprzątania. Zamknij oczy i nie patrz do wanny. Nie zerkaj na lustra. W poniedziałek posprzątamy. Jak zawsze zresztą, toż wiesz.

I wraca do swoich rachunków, papierów, opłat i całej tej dorosłej buchalterii. Ja się tym nie zajmuję, bo głowy do tego nie mam. On jest od liczb, ja od liter i od tej całej domowej logistyki.

Siedzę w fotelu, patrzę na to moje towarzystwo i myślę, że każdy ma swoją rację. Dzieci chcą odpocząć, mąż chce spokoju, a ja chcę czystą łazienkę.

Sześć osób.

Sześć charakterów.

Sześć różnych sobót pod jednym dachem.

I to mieszkanie to taka mieszanka wybuchowa.

Bo jak to wszystko wybuchnie naraz…

to będzie taka rozpierducha, że rachunki same uciekną z domu, mąż schowa się pod stół, dzieci pod kołdry, a ja nawet nie zdążę złapać za płyn do szyb.

I tak wygląda nasza sobota.

Sześć charakterów i jeden wielki domowy kabaret.

Sens życia

Jutro piątek. Piątunio. Początek weekendu. I taka refleksja mnie naszła. Coraz częściej spotykam ludzi, którzy mają wszystko, a mimo to wyglądają, jakby dźwigali na plecach niewidzialne ciężary. Mają pieniądze, wygodne mieszkania, pomoc w domu, wolne weekendy. A jednak, gdy przychodzi poniedziałek, słyszę: Boże, jaka jestem zmęczona

Zastanawia mnie jedno pytanie: czym właściwie jesteś zmęczona?

Bo to nie jest zmęczenie po ciężkiej pracy w polu, po całym dniu noszenia cegieł czy opiekowania się dziećmi bez chwili przerwy. To zmęczenie po weekendzie spędzonym na kanapie z kieliszkiem prosecco. Po dwóch dniach bez ruchu, bez słońca, bez spotkań, bez życia.

Sprzątaczka posprząta.

Kucharz ugotuje.

Ogrodnik zajmie się ogrodem.

Niania dziećmi.

A właścicielka tego życia w poniedziałek, kiedy do niej przychodzę, mówi: Jestem wykończona

I ja naprawdę tego nie rozumiem. No czym, kurka wodna, można być tak zmęczonym?

Przecież życie jest piękne. Pełne smaków, kolorów, zapachów i dźwięków. Nie trzeba tysięcy dolarów, żeby zobaczyć zachód słońca, iść na spacer, ugotować coś prostego, spotkać się z kimś bliskim, poczuć wiatr na twarzy.

Problem polega na tym, że wielu ludzi przestało żyć, a zaczęło tylko funkcjonować. Czekają na weekend, żeby odpocząć od pracy. A kiedy weekend przychodzi, nie mają już siły ani pomysłu na życie. Więc leżą. Przewijają telefon. Patrzą w sufit. I w poniedziałek są jeszcze bardziej zmęczeni.

Nie sądzę, żeby to zmęczenie brało się z ciała.

Ono bierze się z pustki.

Wyobraź sobie dwie osoby.

Pierwsza ma wolną sobotę. Wstaje późno, włącza telewizor, przegląda media społecznościowe. Zamawia jedzenie, bo nie chce się gotować. Pół dnia mija nie wiadomo kiedy. Wieczorem czuje ciężar, senność i brak energii. Nic się nie wydarzyło.

Druga osoba też ma wolną sobotę. Wstaje rano, robi kawę, otwiera okno. Idzie na spacer z młodym, nawet krótki. W drodze kupuje świeże pieczywo. W domu robi śniadanie, włącza ulubioną muzykę. Później spotyka się z kimś bliskim albo robi coś rękami: porządkuje balkon, mieszkanie, sadzi kwiaty, gotuje obiad, idzie do kościoła.

Wieczorem jest zmęczona.

Ale to dobre zmęczenie. Takie, które mówi: to był dzień, który przeżyłam

Różnica między tymi osobami nie polega na pieniądzach. Polega na podejściu do życia. Jedna je przeczekuje. Druga je przeżywa.

Spójrzmy na rolnika.

Nie tego z reklam, z wielkim nowoczesnym sprzętem i pracownikami. Tylko na zwykłego, średniego, czasem biednego rolnika. Tego, który wstaje o świcie, bo zwierzęta czekają. Który nie ma wolnych weekendów, długich urlopów ani świąt bez obowiązków.

To ciężki kawałek chleba. A jednak wielu takich ludzi mówi: gdybym mógł, wróciłbym na wieś i robił to dalej. Bo tam praca ma sens. Widać jej efekty. Wstajesz rano i wiesz, po co wstajesz.

Albo stary szewc z małego miasteczka. Nie zarabia fortuny. Ręce ma spracowane, warsztat skromny. Ale kiedy klient odbiera naprawione buty i mówi: Dziękuję, na jego twarzy pojawia się uśmiech. Bo widzi sens w tym, co robi.

I może właśnie tego brakuje wielu ludziom: poczucia, że to, co robią, ma znaczenie.

Gdy ktoś robi za nas wszystko, zostaje wygoda.

Ale często znika poczucie sensu.

Ja wolę życie, które się przegryza , a nie połyka w całości bez smaku. Lubię czuć, że dzień ma zapach, kolor i dźwięk. Lubię iść do pracy z myślą: dobrze, że ją mam.

Praca to nie tylko obowiązek.

To narzędzie.

To część życia.

Może więc problem nie polega na tym, że ludzie są naprawdę zmęczeni. Może są po prostu zmęczeni życiem bez smaku.

Życie nie zaczyna się w piątek wieczorem.

Ono dzieje się codziennie.

A ty jak to widzisz?

Czy czujesz sens w swoim życiu, czy raczej tylko przeczekujesz dni do kolejnego weekendu?

O dobru, które się nie wypala

Czy też tak macie . Ze pomagacie nie licząc na nic w zamian i sprawia wam to radość ? I im więcej dajecie tym bardziej jesteście szczęśliwi ?W Internecie krąży dziś wiele „mądrych” tekstów o tym, że dobry człowiek w końcu się zmienia, bo świat go wykorzystał, bo dawał za dużo, bo nie dostał nic w zamian. Czytam je i myślę, jak bardzo są one zakorzenione w ludzkim myśleniu, a jak mało w perspektywie Boga.

Bo człowiek, który żyje naprawdę z Bogiem, nie czerpie dobra z siebie. On nie rozdaje tego, co własne, ograniczone i kruche. On pozwala, by Bóg wlewał w jego serce miłość, pokój, radość, cierpliwość i miłosierdzie. I właśnie tym się dzieli  nie dlatego, że walczy o relacje, nie dlatego, że chce coś dostać w zamian, ale dlatego, że miłość Boża w nim jest żywa i chce Go dawać bo w  każdym geście który robi wobec drugiego jest sam dotyk Boga ! Bo wierzy że : cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili ( Mt 25,40 ).Wierzycie w to kierujecie się tym w życiu ? Bo ja staram się naprawdę leżą mi te słowa na sercu . 

Świat uczy: dawaj tyle, ile dostaniesz. Broń się. Licz. Odmierzaj.

Bóg uczy: kochaj, ale nie naiwnie. Dawaj, ale z Nim. Trwaj w prawdzie, a nie w rozczarowaniu.

Mądrość Boga jest zupełnie inna niż mądrość tego świata. Nie prowadzi do zgorzknienia, lecz do rozeznania. Nie zamyka serca, ale uczy granic. Granice nie są zaprzeczeniem miłości są jej ochroną. Dzięki nim serce nie twardnieje, tylko pozostaje czyste.

Człowiek zakorzeniony w Bogu wie, że nie każdemu trzeba dawać wszystko, ale nikogo nie wolno przestać kochać. Wie też, że dobro nie zawsze zostanie przyjęte i że to nie odbiera mu sensu. Bo jego źródłem nie są ludzie. Źródłem jest Bóg.

Jeśli człowiek polega tylko na sobie, świat szybko go zmęczy, porani i wciągnie w swoje macki: w pretensje, chłód, obojętność i kalkulację. Ale ten, kto polega na Bogu, uczy się odchodzić w pokoju, bez nienawiści i bez pogardy. Nie przestaje kochać przestaje tylko łudzić się tam, gdzie nie ma wzajemności.

Bóg nie wzywa do jednostronnych relacji, ale też nie uczy wycofania się z miłości. Uczy wolności. Wolności od oczekiwań, od rozliczania ludzi, od uzależniania swojego pokoju od ich reakcji. Dobro płynące z Boga nie wypala się, bo nie zależy od wdzięczności ani dojrzałości innych.

I dlatego nie każdy dobry człowiek się zmienia. Zmienia się ten, który próbował być dobry bez Boga. Ten, który żyje z Bogiem, dojrzewa ale nie traci serca. Bo wszystko, co prawdziwie dobre, nie pochodzi z niego… lecz przez niego płynie.Dlatego ja jestem wdzięczna Bogu że postawił mi na mojej drodze wspólnotę Lew Judy w której się uczę bo tam drugi człowiek uczy  żeby nie wpadać w pychę .Drugi człowiek chroni nas od pychy .

A Ty z czego czerpiesz?

Z własnych sił czy ze Źródła, które nigdy się nie wyczerpuje?

Chwila, którą można zmienić

Muszę się z Wami czymś podzielić, bo to jakoś siedzi we mnie i nie daje spokoju.

Wczoraj robiłam swoją pracę jak zwykle. Dużo ludzi, dużo biegania, jedni przychodzą, drudzy wychodzą, każdy ze swoją historią, ze swoim bólem, ale na co dzień już się trochę się od tego odcięłam ,bo inaczej nie dałoby się pracować. Trzeba robić swoje, wykonywać obowiązki, nie zaglądać ludziom w oczy, nie wchodzić w ich cierpienie, bo wtedy serce by tego nie uniosło.

W jednym z pokoi był młody chłopak. Naprawdę młody. Brał chemię. Ale ta chemia go wyniszczała. Źle się czuł, wyglądał bardzo słabo. Jęczał z bólu. Każda kropla, która wlewała się do jego żył, sprawiała mu ogromne cierpienie. To nie był zwykły dyskomfort. To był ból, który przechodził przez całe ciało i duszę.

Staram się nie patrzeć na pacjentów. Sami rozumiecie  nikt nie chce być oglądany w chorobie. Człowiek chce zachować resztki godności, prywatności. Ale jakoś tak spojrzałam na niego. I zobaczyłam jego oczy.

A w nich tyle bólu. Tyle cierpienia. Tyle bezradności.

Patrzył na mnie tak, jakby wołał bez słów:

„Pomóż mi”.

I w tamtej chwili pomyślałam: jak można pomóc człowiekowi w takim cierpieniu? Co można zrobić? Przecież jestem tylko człowiekiem. Nie jestem lekarzem, nie mam cudownego leku, nie potrafię zabrać mu bólu. Jak miałabym mu ulżyć? Jak?

I wtedy przyszła do mnie myśl:

my, katolicy, możemy pomóc. Naprawdę możemy.

Nie należę do osób, które dużo się modlą. Długie modlitwy mnie męczą, nudzą, gubię się w nich. I często nad tym ubolewam. Chciałabym się modlić więcej, głębiej, piękniej, a jednak jestem jaka jestem.

Ale patrząc na niego, poczułam, jak modlitwa sama się ze mnie wylewa z serca .

I powiedziałam w duchu:

Boże, zobacz, jak ten chłopak cierpi.

Widzisz to, Jezu? Spójrz w jego oczy.

Nie mogę przejść obok tego obojętnie.

Jezu, Synu Dawida, ulituj się nad tym młodym, cierpiącym człowiekiem.

Ty wiesz, że ja niewiele mogę zrobić, ale proszę pomóż mu w jego cierpieniu.

W Twoim imieniu jest uzdrowienie.

Jeśli taka jest Twoja wola, uzdrów go.

A teraz… ulżyj mu w tym bólu.

Proszę Cię, Boże, niech on tak nie cierpi

Stałam obok, dzieliła nas tylko kurtyna. Wiedziałam, że muszę wracać do pracy. Nie mogłam tam dłużej zostać. Obowiązki czekały. Wyszłam z pokoju, a on dalej siedział, chemia wciąż leciała.

Ale wyglądał już trochę inaczej.

Jakby spokojniej.

Jakby ból trochę zelżał.

Przestał jęczeć.

W jego oczach wciąż było cierpienie, ale pojawiła się też jakaś iskra. Coś jak wdzięczność. Jak spokój. Jakby ktoś dotknął jego serca.

I pomyślałam wtedy, że naprawdę warto modlić się za siebie nawzajem. Nawet za tych, których nie znamy. Za tych, których mijamy na ulicy, na przystankach, na peronach. Za bezdomnych. Za chorych. Za samotnych. Za tych, którzy już widzą tylko ciemność i nie mają siły iść dalej.

Bo czasem naprawdę niewiele możemy zrobić.

Ale modlitwą możemy bardzo wiele.

Wierzę, że nasza modlitwa porusza serce Boga.

Że kiedy wstawiamy się za innymi, to jest akt prawdziwego miłosierdzia.

Że taka modlitwa,  jest Bogu bardzo miła.

Może właśnie dlatego Bóg pozwala nam spotykać takich ludzi.

Nie po to, żebyśmy czuli się bezradni.

Ale po to, żebyśmy stali się dla nich mostem między ziemią a niebem.

A Ty…

czy modlisz się czasem za innych?

Nie tylko za rodzinę, za bliskich, za siebie.

Ale za obcych. Za tych, których nawet nie znasz.

Za człowieka, który stoi obok w kolejce.

Za kogoś, kto płacze w autobusie.

Za chorego, którego mijasz na korytarzu.

Może nie możesz zmienić jego życia.

Ale możesz zmienić jego chwilę.

Możesz poprosić Boga, żeby dotknął jego serca.

Czasem wystarczy jedno krótkie:

„Jezu, ulituj się nad nim”.

I to naprawdę ma znaczenie.Ja w to wierzę a Ty ? 

Nasz Okruch Cudu 🤍

Synku mój, dziś jest Twój dzień.

Dzień, w którym Ojciec Niebieski spojrzał na świat i powiedział:

Nie. Bez Ciebie to jednak nie zadziała.

I dał nam Ciebie.

Dokładnie sześć lat temu, o 12:17 pm, w zimowy czwartek, pojawiłeś się na świecie nasza Kinder Niespodzianka.

Prędzej spodziewałabym się wygranej w lotto niż tego, że po raz czwarty zostanę mamą.

Szok. Niedowierzanie.

– To nie menopauza, tylko ciąża – powiedziała pani doktor.

– Że co? Ja?!

– Tak. Proszę spojrzeć. Prawdziwy Cud.

Moim hormonom można było tylko pogratulować fantazji,

a mnie przyszło zostać mamą po raz czwarty, mając 41 lat.

Czterdzieści jeden… o jacie.

Ale jaki prezent mi się trafił ❤️

Gdy starsze dzieci się dowiedziały, mało domu z radości nie rozsadziły.

Całusy, zachwyty, miłość od pierwszej sekundy.

I tak już zostało.

Starsze siostry pokochały Cię bezwarunkowo.

Zostałeś naszym Misiem do kochania, przytulania i całowania.

A ja nigdy bym nie pomyślała, że ten mały Człowiek

da nam tyle szczęścia, tyle radości

i że tak pięknie domknie naszą rodzinę.

Twój poród był spokojem.

Czwarta cesarka, a ja czułam się jak królowa gwiazda cięcia,

pewna, cicha, z różańcem w dłoni.

Bo Bóg był blisko.

Urodziłeś się najmniejszy ze wszystkich moich dzieci.

Malutki, cieplutki, różowiutki.

Nie mogłam się na Ciebie napatrzeć.

Mój maleńki Okruch Cudu.

Dziś masz sześć lat.

SZEŚĆ.

A rozumu i ciekawości świata tyle,

jakbyś zebrał od każdego po trochu:

od Oli — upartość, wrażliwość i dobroć,

od Wiktorii — delikatność i smak życia,

od Maksa — niezależność i charakter,

a od nas — miłość do Boga.

Masz trzy mamy.

Jedna Cię urodziła, a dwie starsze siostry wychowują Cię od pierwszych dni przez miłość.

Bo rodzicem jest się nie przez geny, ale przez miłość.

A Ty masz jej trzy razy więcej.

Karmiły, wstawały w nocy, kąpały,

a dziś pilnują homeworków i sprawdzają zadania.

Jesteś ich dzieckiem,

a ja jestem tego świadkiem z wdzięcznością w sercu.

A Maksymilian…

Starszy brat.

Ten, który nie zawsze głaszcze.

Kuksańców Ci nie żałuje, bo tak właśnie wygląda braterska miłość.

Potraficie się poszarpać, przekomarzać, przegonić po pokoju,

ale nocą, gdy zapada cisza,

to on poprawia Ci kołdrę,

przynosi wodę, gdy chce Ci się pić,

sprawdza, czy śpisz spokojnie.

Kocha Cię po swojemu.

Bez wielkich słów.

Prawdziwie.

Jesteś małym wielkim Profesorem.

Czytasz, liczysz, bawisz się tabliczką mnożenia,

a dzielenie uważasz za świetną zabawę.

Mówisz, że będziesz matematykiem,

potem lekarzem od serc,

a na końcu dentystą.

Czas pokaże.

Artysta z Ciebie nie z tej ziemi.

Śpiewasz, tańczysz, tworzysz choreografie,

najlepiej wtedy, gdy nikt nie patrzy.

A potem nagle przedstawienie dla nas wszystkich 

zero tremy, tylko śmiało wyginasz ciało.

Słuch absolutny, rytm we krwi,

ciało giętkie jak kot.

Taylor Swift znasz lepiej niż niejednego nastolatka.

Eksperymenty?

Najlepiej takie, które wybuchają kolorami.

Im więcej bałaganu, tym lepiej.

A potem sprzątasz tylko trochę,

bo przecież się zmęczyłeś.

Kawiarkę obsługujesz lepiej niż niejeden barista w Starbucksie.

Rozśmieszasz każdego, przytulasz, rozmawiasz.

Zadajesz tysiące pytań.

Rano mówisz:

„Mamo, miałem sen…”

I opowiadasz wszystko.

Ze szczegółami.

Na jedzenie nie masz czasu,

bo czytasz, liczysz, tworzysz.

Chyba że powiem: lody.

Wtedy przylatujesz natychmiast.

Masz sześć lat,

a ja czasem patrzę na Ciebie i myślę:

Boże… dziękuję.

Patrzę też na Twojego tatę 

tego, który ciężko pracuje i chce dla was jak najlepiej.

W szufladach trzyma metrówki, śrubokręty, wiertarki,

a Ty wszystko to podbierasz, przekładasz

i układasz po swojemu.

Zadajesz pytania bez końca:

po co to, na co to,

dlaczego ta śrubka jest tutaj, a nie tam.

Chcesz wszystko rozkręcać i skręcać razem z nim.

Prąd, światło, narzędzia wszystko Cię fascynuje.

Czasem tata wraca zmęczony

i nie ma już siły tłumaczyć tak spokojnie, jakbyś chciał,

a Ty, wciąż głodny wiedzy, pytasz dalej:

No dlaczego? Wytłumacz mi to…

Potrafisz używać wiertarki,

wkręcać śrubki w drewniane szafki,

schować telefon do zamrażalki

i wyrzucić pilot od telewizora,

bo przecież nie jest nam potrzebny.

Z Tobą nudy nie ma.

Twoja chęć poznania Jezusa porusza mnie najmocniej.

Pytasz:

kiedy spotkam Go w Komunii?

dlaczego nie mogę Go zobaczyć?

jak to chleb może być Ciałem Jezusa,

skoro ja nie zjadam Jego rąk i nóg?

gdzie On tam jest?

Chciałbyś Go spróbować.

Bo jesteś głodny.

A ja czasem nie wiem,

jak odpowiedzieć na te wielkie pytania małego człowieka.

Babcie kochają Cię bezgranicznie.

Jedna gotuje, pakuje, karmi

i pilnuje, żebyś nigdy nie był głodny.

Druga siedziałaby z Tobą godzinami na podwórku,

aż zakręciłoby Ci się w głowie dosłownie.

A dziadek?

Duma.

Zapisałby Cię na wszystko,

bo w każdym Twoim ruchu widzi talent.

Widzisz, jaki jesteś ważny?

Piękny.

Jedyny w swoim rodzaju.

Synu mój, jesteś Cudem zaplanowanym przez samego Boga 

wbrew logice, medycynie i statystykom.

Jesteś światłem, radością

i dowodem na to, że Bóg ma poczucie humoru

i bardzo wielkie serce.

Idź przez życie odważnie.

Z Duchem Świętym pod ramię.

A jeśli kiedyś zapytasz, skąd się wziąłeś,

odpowiemy Ci wszyscy razem:

z miłości.

z odwagi Boga.

z Jego pomysłu na naszą rodzinę.

Jesteś naszą radością.

Naszym szczęściem.

A my będziemy zawsze obok.

Mama. Tata.

Siostry. Brat.

Cała Twoja rodzina.

Wdzięczni.

Wzruszeni.

I nadal w lekkim szoku,

że ten Cud ma już sześć lat.

Wszystkiego najlepszego, Tymonie, nasz Synku.

Niech Twoje dzieciństwo będzie piękne, bezpieczne

i pełne miłości .

Urodziny, które stały się świętem rodziny

Wiecie, samotność to najgorsza trwoga.

Naprawdę. Można czuć się dobrze samemu ze sobą, można siebie kochać, można mieć poukładane życie, ale kiedy przychodzą święta, urodziny albo jakaś uroczystość i człowiek zostaje sam… to boli. I nawet nie chce się o tym myśleć.

Dlatego chcę Wam opowiedzieć o czymś bardzo ważnym.

Organizowaliśmy urodzinową niespodziankę dla naszej kochanej koleżanki, która jest sama. Skończyła 70 lat. Jest sama na co dzień, ale w dniu swoich urodzin nie była sama ani przez chwilę. To, ile wdzięczności, wzruszenia, łez radości i ciepła od niej dostaliśmy, było czymś, czego nie da się opisać jednym zdaniem. Serce naprawdę się raduje, kiedy widzi się taką radość drugiego człowieka.

Bo ja nie mam znajomych.

Nie mam przypadkowych relacji.

Ja mam Przyjaciół z dużej litery P.

To są ludzie, którym wystarczy powiedzieć: jest sprawa, działamy. I oni po prostu są. Stoją obok, z otwartym sercem, gotowi pomóc — bez pytań, bez kalkulowania, czy im się to opłaca czy nie, bez wahania. To ludzie, którzy nigdy nie zawodzą.

Kiedy powiedziałam, że robimy urodzinową niespodziankę dla naszej kochanej jubilatki, wszystko ruszyło samo. Jedni od razu zadeklarowali, że zamówią kilka dużych pudeł pizzy. Ktoś inny wziął na siebie organizację tortu. Kolejna osoba przygotowała steki i placki ziemniaczane, inna buraczki na ciepło. Ktoś zadbał o wino, owoce i ciasteczka. Inna osoba udostępniła swój dom. Pełna mobilizacja. Wszystko działo się naturalnie, bez narzucania się, bez przymusu.

Stół uginał się od pyszności, ale to nie jedzenie było tu najważniejsze. Najważniejsi byli ludzie. Ludzie, którzy przyszli, zjednoczyli się i zorganizowali wszystko razem. Ludzie, którzy nigdy nie zawodzą. Ludzie, dla których drugi człowiek jest ważniejszy niż wygoda.

Były głębokie zaspy śniegu i mróz, który trzyma i nie chce puścić. Brak miejsc parkingowych, bo nikt nie rusza samochodów, a taxi liczy sobie podwójnie za warunki pogodowe. Ale to nikogo nie zatrzymało. Ktoś przeszedł pieszo z jednej dzielnicy do drugiej tylko po to, żeby być, żeby świętować i cieszyć się razem.

Bo dla człowieka, który przywozi mięso, przyprawia steki pachnące ziołami i przygotowuje je z sercem, to jest miłość w najczystszej postaci. Prezent dla solenizantki. Tak samo jak pizza nie byle jaka, nie przypadkowa, ale specjalna, piękna, najlepsza, prosto z pieca, zamówiona z myślą o niej. To także był akt miłości.

Byli ludzie, którzy mimo pracy i tysięcy spraw do ogarnięcia przyszli, żeby wspólnie odśpiewać „Sto lat” i razem celebrować 70. urodziny naszej jubilatki. I chociaż ona na co dzień jest sama, to tego dnia wiedziała jedno że są ludzie, którzy ją kochają i że nie jest sama.

Bo jesteśmy my.

Niezawodna ekipa Wspólnoty Lwa Judy.

Jestem niewyobrażalnie wdzięczna Bogu za tych ludzi, za Przyjaciół, za to, że są częścią mojego życia. Za serca, które potrafią kochać, dawać i być obecne. Nikt nie jest sam, jeśli ma obok siebie ludzi, którzy tą samą drogą idą do Boga z miłością i wdzięcznością za drugiego człowieka.

A Ty?

Czy masz w swoim życiu ludzi, którzy gdy słyszą „jest sprawa”, po prostu są?

Nowojorski ból  Matki.


Jest taki ból, którego nie widać.

Nie łapie się na medytację, afirmacje ani na oddychaj głęboko

To ból nowojorskiej matki.

Znacie?

No to siadajcie.

Oddycham.

Cztery głębokie wdechy.

Pauza.

Wydech.

Jeszcze raz.

Pomaga?

Nie.

Bo wystarczy, że wrócę myślami do problemu, a moje ciśnienie zaczyna tańczyć. Góra–dół. Góra–dół. Jak rollercoaster bez pasów, bez zabezpieczeń, bez wyjścia awaryjnego.

Nowy semestr.

Dziewczyny wróciły na studia.

Nowe grafiki, nowe godziny, nowe życia. Każda inaczej, każda po swojemu. Normalne. Rozumiem to. Wiem.

Ale mój mózg tego nie ogarnia.

Mój świat znowu się rozjechał.

W poprzednim semestrze było dobrze.

Naprawdę dobrze.

Dziewczyny zaprowadzały młodego do szkoły codziennie. Bez stresu. Bez kombinowania. Bez myślenia, kto dziś musi coś poświęcić.

Jak w zegarku.

Matka spokojna, praca ogarnięta, życie jako tako trzymało się kupy.

A teraz?

Totalny chaos.

Dziewczyny zajęte – bo studia, bo życie, bo wszystko naraz – ale ogarnęły trzy dni.

Udało się ogarnąć trzy dni.

Trzy.

Sukces, serio. Naprawdę, aż chciałam otworzyć szampana…

gdyby nie to, że zostały dwa.

Dwa dni, które spadają… zgadnijcie na kogo…

Na mnie.

I nic by się nie stało.

Gdyby nie to, że zaczynam pracę o ósmej rano.

Czyli znowu muszę przesuwać, kombinować, zmieniać, ustawiać, tłumaczyć się.

Znowu dopasować swoje życie do wszystkiego i wszystkich.

I to poczucie, że wszystko znów jest na mojej głowie.

Nie znoszę zmian.

Nie znoszę, kiedy coś, co działa, nagle przestaje działać.

Nie znoszę, jak mi się ciągle coś wywraca.

Nie znoszę tego uczucia, że cokolwiek zaplanuję, to życie mówi:

Ha! Patrz i płacz.

Nie znoszę tego uczucia, że ledwo stanę na nogach, a już ktoś mi je podcina.

Pamiętam, jak dziewczynki były małe.

Miałam plany. Chciałam się uczyć. Chciałam pracować.

Ambitna ja.

Życie szybko mnie ustawiło.

Rzeczywistość sprowadziła mnie do parteru szybciej, niż zdążyłam powiedzieć college.

Nie było mnie stać na opiekunkę.

Nie było wyboru.

Nie zarabiałam tyle, żeby móc sobie pozwolić na luksus wyboru.

Była praca taka, żeby zdążyć po dzieci do szkoły.

A jak nie mogłam  dzwoniłam do koleżanki.

One dzwoniły do mnie.

Jedna pomogła drugiej.

Taka sąsiedzka partyzantka.

Sąsiedzka pomoc, bez luksusu.

Na babcie?

Zapomnij.

Na rodzinę też nie.

Żadna z nas nie mogła liczyć na mamo, pomożesz?

Radziłyśmy sobie jak mogłyśmy.

I tyle.

I teraz znowu to samo.

Mamy małego człowieka, którego trzeba zaprowadzić do szkoły.

I nagle robi się gorąco.

Bo znowu wygląda na to, że to ja będę musiała coś poświęcić.

I znowu to pytanie:

kto tym razem zrezygnuje?

No i odpowiedź jest zawsze ta sama.

Ja.

Dlaczego zawsze ja?

Dlaczego to moje plany są do przesunięcia?

Dlaczego moje życie ma być elastyczne jak guma od majtek,

a reszta świata twarda jak beton?

Tym razem powiedziałam: stop.

Dałam ogłoszenie.

Szukam kobiety. Pani. Babci. Człowieka.

Kogoś, kto rano zaprowadzi młodego do szkoły.

A jak przyjdzie wiosna wyjdzie z nim do parku.

I wiecie co?

Przeraża mnie to.

Tak, boję się.

Obca osoba.

W mojej głowie odpalają się scenariusze jak z horroru.

W jednej chwili mam ochotę wszystko odwołać i wrócić do starego schematu.

Ale nie.

Nie tym razem.

Muszę myśleć o sobie.

Nie chcę siedzieć w domu.

Już było.

Już to przeżyłam.

Był czas, kiedy siedziałam.

Zajmowałam się dziećmi.

Sprzątałam.

Ogarniałam.

Byłam wszędzie i nigdzie jednocześnie.

Bo ja nie chcę znowu zniknąć.

Teraz chcę żyć.

Chcę wychodzić do ludzi.

Chcę pracować.

Chcę zarabiać.

Chcę mieć swoje życie.

Czy to naprawdę tak trudno zrozumieć?

Czy to jest egoizm?

Może.

Ale wiem jedno  jeśli teraz zrezygnuję z pracy, powrót będzie koszmarem.

Tylko że…

jak się ma dzieci, życie nie jest proste.

A już na pewno nie za granicą.

Nie wiem, jak jest w Polsce.

Tam zawsze jakaś ciotka, babcia, ktoś się znajdzie.

Tu?

Tu większość z nas musi zasuwać żeby się utrzymać.

Państwo nie daje.

Tu musisz sam ogarnąć temat.

I ja to ogarniam.

Po swojemu.

Bo wiem jedno: jeśli teraz zrezygnuję z pracy, to powrót będzie piekłem.

Nieważne, co robisz.

Ważne, że masz 45+.

Nieważne, ile umiesz.

Nikt nie chce świeżaka.

Nikt nie chce ryzyka.

Każdy chce młody, dynamiczny, doświadczony zespół.

A starszy nowy pracownik?

No nie oszukujmy się – brzmi jak problem.

Starszy nowy pracownik zawsze przegrywa na starcie.

Dlatego szukam rozwiązań.

Ale razem z nimi przychodzi poczucie winy.

Ten głos w głowie, który mówi:

jesteś złą matką.

myślisz o sobie.

jak egoistka.

jak ktoś, kto myśli o sobie i zapomina o dziecku.

To boli.

To gryzie.

Czasem chce się płakać.

Bo jak to tak 

chcieć marzeń,

chcieć działać,

chcieć czegoś więcej niż tylko ogarniać,

być tylko mamą od wszystkiego?

Boże…

co robić?

Jaka decyzja jest dobra?

Która jest najmniej zła?

Mam w sobie tyle pytań,

tyle rozterek,

tyle słabości i niemocy.

Nowojorski ból dupy daje mi się we znaki.

Nie wiem, jaka decyzja jest najlepsza.

Wiem tylko, że każda coś kosztuje.

I jeszcze jedno.

Miałam pisać przemyślanie.

Mądrze.

Rozsądnie.

Ale ja zawsze piszę pod wpływem impulsu.

Jestem nafaszerowana emocjami.

Nie zawsze spokojnymi.

Jestem jak wulkan.

Jak przychodzi erupcja, emocje bryzgają po ścianach.

I muszę je wyrzucić.

Bo jeśli tego nie zrobię  po prostu się uduszę.

To jest mój nowojorski ból dupy.

Surowy.

Prawdziwy.

A Ty?

Jak ogarniasz dzieci, szkołę i pracę?

Kto Ci pomaga?

Czy wszystko niesiesz sama?

Napisz.

Bo czasem największą ulgą jest wiedzieć, że nie jestem w tym sama.

Kamienie zamiast miłosierdzia

Otwieram internet i wszędzie to samo.

Portal za portalem, nagłówek za nagłówkiem.

Kralkę znają wszyscy. A właściwie już nie księdza Kralkę, tylko Kralkę jako osobę świecką, bo odszedł ze zgromadzenia, z kapłaństwa, z tego miejsca, w którym wielu chciało go widzieć na zawsze.

I co?

Odszedł.

Ale to nie umknęło opinii publicznej. Przeciwnie. To idealny temat. Klikalny, nośny, emocjonalny. Można nabić wyświetlenia, rozkręcić komentarze, rozpalić tłum.

A ludzie?

Tu dopiero zaczyna się festiwal opowieści.

Każdy chce coś dopisać, coś osądzić, coś wyjaśnić po swojemu.

Bo jakże by to było, że ksiądz, i to taki charyzmatyczny, z ogniem, z mocą, z siłą rażenia, który głosił tak, że mury drżały, nagle po prostu odchodzi.

Nie, tak się nie robi.

Tak nie wolno.

Internet wrze.

Złość sięga zenitu.

Bo jakże on mógł.

Bo to przecież kapłan. Boży. Charyzmatyczny. Powołany.

I szczerze mówiąc, mnie też to na początku zatrzymało.

Byłam na forum, które prowadził.

Słuchałam go.

Zapalił mnie.

Tak bardzo, że wychodziłam poza schematy, poza bezpieczne ramki. Jego słowa do dziś brzmią mi w uszach. Ten zapał był prawdziwy. Ta charyzma była realna.

A teraz co?

Mam napluć mu w twarz, bo odszedł?

Od wczoraj gdziekolwiek zajrzę, wyskakuje jego zdjęcie i komentarze pełne jadu.

Ludzie się gorszą.

Bo jakże to tak, ksiądz mógł odejść.

Po dwuletnim urlopie.

Kto go utrzymywał.

Skąd miał pieniądze.

Na pewno jakaś kobieta.

Diabeł zebrał swoje żniwo.

Czytając to wszystko, zastanawiam się, czy ludzie piszą tak, żeby sobie ulżyć.

Wyrzucić złość.

Strach.

Rozczarowanie.

I najbardziej uderza mnie jedno:

wielu z nich deklaruje się jako gorliwi katolicy, prawi, wierzący, obrońcy Kościoła.

Tylko gdzie w tym wszystkim jest miłość?

Gdzie jest miłosierdzie, o którym mówi Jezus?

Czy my naprawdę wierzymy w jednego Boga?

Tego, który przebacza?

Tego, który zna ludzką słabość?

Rozumiem rozczarowanie.

Rozumiem ból.

To normalne.

Ale ludzie nie są po to, żeby spełniać nasze oczekiwania.

Mąż rozczarowuje.

Żona rozczarowuje.

Dzieci rozczarowują.

Codziennie.

I uczymy się z tym żyć, bo inaczej nie da się żyć razem.

A kiedy rozczarowuje ksiądz?

Wtedy już nie ma miejsca na człowieczeństwo.

Jest hańba.

Jest lincz.

Jest krzyk: ukrzyżować.

Jakby ksiądz nie był człowiekiem.

Jakby nie miał prawa być słaby.

Jakby nie dźwigał ciężaru większego niż większość z nas.

A ilu jest takich, którzy odeszli z kapłaństwa i robią dziś dobrą, uczciwą, potrzebną robotę?

Wielu.

Tylko o nich już tak chętnie się nie pisze.

Najbardziej przykre jest to, że człowiek deklarujący wiarę w Boga miłosiernego potrafi być skrajnie bezlitosny.

Żądny krwi.

Pewny swojej nieskazitelności.

A Jezus mówi jasno: jeśli jesteś bez winy, rzuć pierwszy kamieniem.

Jesteś?

Twoja wiara jest naprawdę taka czysta, bez pęknięć, bez słabości?

Czytając niektóre komentarze, mam ochotę spojrzeć autorom prosto w oczy i zapytać:

kim ty jesteś, że tak piszesz?

Człowiekiem?

Wierzącym?

Bo jeśli Kościół to my, to warto zapytać nie tylko, dlaczego ktoś odszedł,

ale co się stało z naszym sercem.

Zanim kolejny raz podniesiesz kamień w imię obrony Boga, zapytaj siebie, czy naprawdę bronisz Ewangelii, czy tylko własnej potrzeby osądzania.

Piszę to wszystko, bo tak mi w sercu gra.

Nie po to, żeby się podobać, nie po to, żeby zbierać oklaski.

Jestem katoliczką.

Ale nie taką, która stanie w tłumie z kamieniem w ręku.

Bo gdybym miała linczować innych za słabość, najpierw musiałabym ukrzyżować samą siebie.

Tyle we mnie grzechu, tyle niespójności, tyle obłudy, że jedyne, do czego mam prawo, to zaczynać od własnego serca.

Dopiero potem, bardzo ostrożnie, patrzeć na cudze życie i cudze wybory.

New York pod śniegiem

Siedzę już bezpiecznie w subway, w pociągu wiozącym mnie na Manhattan. Drzwi się zamknęły, skład ruszył, a ja wreszcie mogę złapać oddech. Ciepło, światła, znajomy dźwięk torów. Ale zanim tu dotarłam, musiałam stoczyć prawdziwą walkę , walkę z hałdami marznącego, ciężkiego śniegu, który dziś przykrył New York grubą, bezlitosną warstwą.

Miasto obudziło się pod białą kołdrą, ale to nie jest ta pocztówkowa zima z filmów. To nie delikatny puch, w którym chce się robić aniołki. To śnieg ciężki, mokry, zbity, miejscami już szary od ulicznego życia. Dla rodowitego Nowojorczyka to ogromne wyzwanie. Dla wielu prawdziwa próba charakteru. Wyjście z domu staje się decyzją strategiczną, a nie zwykłą codzienną czynnością.

Odśnieżanie samochodów, chodników, okolic własnej posesji  wszystko naraz, wszystko na raz i wszystko w pośpiechu. Bo New York nie czeka. Tu nawet śnieg nie jest usprawiedliwieniem. Wszędzie leżą gromady śniegu, zaspy, zwały, które trzeba pokonać jak przeszkody na torze survivalowym. Żeby to przejść, potrzeba nie lada wyczynu, dobrych butów, równowagi i sporej dawki cierpliwości.

Chodniki w wielu miejscach są po prostu nie do przejścia. Przechodnie schodzą na ulicę, lawirują między samochodami, kałużami pośniegowego błota i koleinami wyżłobionymi przez opony. Każdy krok to ryzyko poślizgnięcia się, każdy skręt test refleksu. Wszystko pokryte grubą warstwą śniegu, który jeszcze długo nie zniknie. Zanim ludzie na dobre wygrzebią się z pieleszy i zaczną systematyczne odśnieżanie, miną dni.

Nie zazdroszczę kobietom z wózkami. Nie zazdroszczę nikomu, kto porusza się na wózku inwalidzkim. Nie zazdroszczę rodzicom małych dzieci. W takich warunkach wózek staje się bezużyteczny. Miasto nie jest dla nich łaskawe. Warunki nie są sprzyjające, a codzienność zamienia się w logistyczny koszmar. To momenty, w których widać, jak bardzo infrastruktura potrafi zawieść, gdy natura pokazuje swoją siłę.

Wczoraj szpital, w którym pracuję, wysłał wiadomość: wszyscy pracownicy są zobligowani do przyjścia do pracy. Bez wyjątków. Śnieg, nie śnieg dyżur musi być obsadzony. Witamy w reality New York. Tu odpowiedzialność nie zna pogody, a obowiązek nie topnieje nawet pod grubą warstwą lodu i śniegu.

Miasto dziś jest jakby spowolnione, senne, przytłumione. Dźwięki są cichsze, ruchy wolniejsze, ludzie bardziej skupieni na sobie i drodze pod nogami. Metro New York jedzie dziś na zwolnionych obrotach. Nadal działa, nadal oddycha, ale wyraźnie ostrożniej, jakby z namysłem stawiał każdy kolejny krok.

Patrzę przez okno subway i myślę sobie, że to właśnie jest New York  w swojej prawdziwej odsłonie. Nie tylko błyszczące wieżowce Manhattanu, nie tylko światła i tempo. Ale też ta codzienna walka, upór, determinacja i zdolność funkcjonowania nawet wtedy, gdy warunki są dalekie od idealnych.

Zobaczcie sami, jak dziś wygląda śpiący New York Biały, ciężki, wymagający. I choć momentami mam go serdecznie dość, to wiem, że właśnie za tę bezkompromisowość trudno go nie kochać.

A Wy ?

Jak radzicie sobie z zimą w mieście, gdy śnieg zamienia codzienność w tor przeszkód? Lubicie ten biały chaos, czy marzycie wtedy tylko o tym, żeby przeczekać go pod ciepłym kocem? A może macie swoje sposoby na przetrwanie takich dni?

Burza śnieżna i koniec świata

New York  to jest dopiero mieszanka wybuchowa.

Wystarczy, że meteorolodzy krzykną ŚNIEG… a raczej BURZA ŚNIEŻNA

i Nowojorczycy dostają szału.

Oni to chyba mają we krwi.

Albo tak bardzo ufają mediom, że w tym całym chaosie życia

wykupują wszystko, co się da:

mleko, chleb, wodę, papier toaletowy, makaron, wędlinę

i wszystko to, co rzekomo pozwala przetrwać.

Wchodzimy dziś do Trader Joe.

Nasz ulubiony sklep.

Bo dzieci mają tam swoje ulubione lody.

Bo ja go lubię.

Tak po prostu.

Sobota. Jak zawsze.

Wpadamy ekipą.

I… ARMAGEDON W CZYSTEJ POSTACI.

Ludzie świata.

Półki puste.

Gdzie nie spojrzysz – braki.

I ja się pytam: PO CO? NA CO?

Przecież każdy w domu ma jakąś extra paczkę makaronu,

galon mleka,

sos do makaronu,

wodę,

świece

i inne duperele potrzebne do przetrwania kilku dni w domu.

A tu pustki.

Ludzi wcale.

Kasjerzy przy każdej kasie.

A my wychodzimy…

z torbą pełną lodów.

Bo skoro ma być zasypane, niemoc, brak realnego wyjścia na zewnątrz,

to my — ekipa, która uwielbia takie armagedony —

zdecydowaliśmy, że całą niedzielę będziemy:

jeść lody,

oglądać filmy,

jeść w łóżku (czego NIE CIERPIĘ),

leżeć cały dzień w piżamach,

pić kawę,

jeść popcorn

i przegryzać to wszystko lodami.

I cały dzień nie wychodzić z domu.

Nie wiem, jak ja to przeżyję.

Bo dla mnie ubrać się to podstawa.

Nigdy nie jem w łóżku.

Nigdy nie siedzę w domu cały dzień.

Chyba że leżę i zdycham, bo choroba mnie trawi.

Ale jutro…

załamanie pogody.

Sztorm śnieżny.

Wszystko zamknięte.

Pociągi nie kursują.

Nowy Jork zamiera, bo opad śniegu zasypie nas wszystkich.

No więc, kochani — życzcie nam powodzenia.

Choć i tak wiem, że moja rodzina będzie miała fun.

A Wy jak przeżywacie śnieżycę:

zapasy na wojnę czy piżama, lody i Netflix?