Sobota rano. Ósma. Budzimy się powoli, bez pośpiechu. Sześć różnych charakterów otwiera oczy i zaczyna swoje sobotnie życie. Sielsko, anielsko, jak z obrazka. Cisza, spokój, każdy w swoim łóżku. Nikt nie zamierza wstawać — bo po co? Przecież tak jest bardzo dobrze.
No i wtedy wchodzi codzienność. Cała na czarno: getry, T-shirt. Czyli ja, z kubkiem kawy.
Młody już rozłożony z książką, dziewczyny przy nim. Czytają razem, podsyłają mu kolejne tytuły, bo złapał bakcyla. On pożera rozdziały, one dumne jak pawie. Scena jak z reklamy szczęśliwej rodziny.
A ja w drzwiach:
— Rodzino! Czas sprzątać!
Cisza.
— Wstawać! Ścielić łóżka! Pościel do prania! Ruszać się, nie ma leżenia!
Głowy wystają spod kołder.
— Ale po co sprzątać, jak nikt nie przyjdzie? To po co się ruszać, mamo?
No tak. Bałagan bez świadków nie istnieje. Syf bez publiczności to nie syf.
— Wyskakiwać z piżam i do roboty!
Idę do starszego. Otwieram drzwi, a synuś już gra na konsoli. Paluszki ćwiczy, sobotni dzień gier — bo jakżeby inaczej.
— Mamo, przestań. U nas jest czysto. Z babcią powinnaś mieszkać i muzeum prowadzić.
— Taa… wanna, ubikacja i kuchnia same się posprzątają? — wołam.
— My mamy wolną sobotę. Chcemy odpocząć. W tygodniu sprzątamy.
Patrzę na nich. Trzy nosy w książkach, jeden przy konsoli, ja jedyna z planem dnia i płynem do szyb w ręce.
No dobra. Zakasałam rękawy. Sobota jak zawsze: sprzątanie, pranie, jakieś jedzenie trzeba zrobić, choć gotować mi się nie uśmiecha.
Młody przybiega:
— Mamo, co ci pomóc?
Złote dziecko. Daję mu płyn i papier.
— Lustra wycieraj.
On to uwielbia. Psik. Psik. Psik.
Gdyby mógł, to by wszystko spryskał, i telewizor, i starszego brata dla zasady.
Potem wraca do czytania, ale nudzi mu się. Idzie do starszego. I zaczyna się.
— Zostaw mnie w spokoju! — wrzeszczy szesnastolatek, czyli chodząca burza hormonów w dresie.
Po chwili młody wraca z płaczem.
— Mamo! On mnie pchnął!
Wołam do męża:
— Ty ogarnij chłopaków, ja sprzątam!
— Niech to sami załatwią, po co będę się w ich sprawy wtrącał — odpowiada spokojnie, jakby komentował prognozę pogody.
Krążę między łazienką, kuchnią i salonem jak wściekły robot sprzątający.
Nagle huk, ryk i dramat.
— Mamo! On mi palce drzwiami przyciął!
Serce mi staje. W głowie już czarne wizje: krew, palce, szpital, dramat, reportaż w telewizji.
Lecę.
Palce całe.
Dziecko wyje.
Ja w środku wyję razem z nim.
— Co żeś mu zrobił?! — drę się na starszego.
— Bo ja chcę spokoju! Chcę być sam!
— A jak ci przeszkadzał?
— Patrzył się na mnie.
No tak. Patrzenie. Najcięższe przestępstwo XXI wieku.
Zabieram młodego. Wycieram nos, łzy, całuję palce.
— Chodź, pomożesz mi.
On bierze ściereczkę i zaczyna:
— Mamo, mieliśmy test z matematyki. Easy. Sto procent. Dziesięć minus pięć to pięć. Easy. A dziesięć podzielić przez pięć to dwa.
Patrzę na niego jak na cud natury.
— Skąd ty to wiesz?
— Bo dziewczyny mówią, że liczby są fajne.
I nagle mnie trafia. Kiedy ten sześciolatek zrobił się taki mądry?
— A ty lubisz liczby, mamo?
— Ja wolę literki… czytać, pisać…
— Ja też lubię literki. Tam w książkach piszą ciekawe rzeczy.
Opowiada mi o książce, o szkole, o zadaniach. A ja siedzę ze ścierką w ręku i patrzę na niego jak na dorosłego człowieka zamkniętego w małym ciele.
Wołam starszego do sprzątania.
— Zaraz!
Wchodzę do pokoju.
Tornado.
Ubrania, książki, jedzenie.
Jakby ktoś tu mieszkał, ale tylko przejazdem.
— Sprzątaj to!
— A czy ci to przeszkadza?
— A tobie nie przeszkadza ten syf?
— Tu nie ma syfu.
— Książkę poczytaj! — drę się.
— Nie lubię czytać. Ale też mam mózg. Przy grach strategię układam. O, patrz!
I pokazuje ekran: coś leci, coś zbija, coś pyka, świeci się. Totalny rozgardiasz. Nic nie rozumiem, co on tam wyczynia.
Filozof. Minimalista. Gracz.
Wychodzę.
Trzask drzwi.
We mnie już wrze.
— Matko Boska, zrób coś z tym chłopakiem!
— Matka Boska ci w tym nie pomoże — słyszę.
No i jak z nim rozmawiać?
— Sprzątam łazienki! — oznajmiam. — Pół godziny nikt nie wchodzi!
Trzy osoby słyszały. Czwarta nagle ogłuchła.
Po chwili syn:
— Muszę do toalety.
— Zamknięte. Mówiłam: pół godziny!
— Ale ja muszę!
I co?
I znowu wygrał.
Kończę sprzątanie. Siadam w fotelu. Cisza. Każdy w swoim świecie.
I wtedy od stołu z papierami odzywa się mój mąż, nawet głowy dobrze nie podnosząc:
— Daj im spokój. Sama odpocznij. Tyle codziennie pracujesz, to zrób sobie wolne od sprzątania. Zamknij oczy i nie patrz do wanny. Nie zerkaj na lustra. W poniedziałek posprzątamy. Jak zawsze zresztą, toż wiesz.
I wraca do swoich rachunków, papierów, opłat i całej tej dorosłej buchalterii. Ja się tym nie zajmuję, bo głowy do tego nie mam. On jest od liczb, ja od liter i od tej całej domowej logistyki.
Siedzę w fotelu, patrzę na to moje towarzystwo i myślę, że każdy ma swoją rację. Dzieci chcą odpocząć, mąż chce spokoju, a ja chcę czystą łazienkę.
Sześć osób.
Sześć charakterów.
Sześć różnych sobót pod jednym dachem.
I to mieszkanie to taka mieszanka wybuchowa.
Bo jak to wszystko wybuchnie naraz…
to będzie taka rozpierducha, że rachunki same uciekną z domu, mąż schowa się pod stół, dzieci pod kołdry, a ja nawet nie zdążę złapać za płyn do szyb.
I tak wygląda nasza sobota.
Sześć charakterów i jeden wielki domowy kabaret.

